czwartek, 20 października 2011 19:09

[3] Czerniowce

Napisane przez Mieczysław Walków

Pierwsza przygoda. Było akurat lato 1939 roku. Od września miałem być uczniem i bardzo to przeżywałem. Babcia Agnieszka wybierała się w kolejną podróż. Tym razem miała zamiar odwiedzić swoją koleżankę i przyjaciółkę w Czerniowcach. Podobno obie znały się od wieków i obie były akuszerkami. Nigdy o Czerniowcach nie słyszałem, ale bardzo się ucieszyłem, że pojadę pociągiem. Oczywiście musiałem jak zwykle, babci towarzyszyć. Babcia powiedziała mamie, że majorowa zobowiązała ją do przywiezienia wnuka.

–Majorowa- mówiła babcia- zdjęcie Miecia już widziała i bardzo jej się spodobał. I ja, jak widzisz, muszę pojechać z Mieciem.

A ponadto w liście Miłka wyraziła się tak- dowodziła swojej racji babcia: Agnisiu, nakazuję ci przyjechać z wnukiem. I basta.

Przyjaciółka babci nigdy nie miała dzieci, a bardzo chciała  mieć! Właśnie nadarzyła się okazja, że w jej eleganckim  domku i w ślicznym ogrodzie będzie dziecko- chłopak, i to zupełnie inny od tych urwipołciów, którzy biegają po ulicy, wrzeszczą niemiłosiernie i kradną wszystko co się da ukraść.

- Agnisiu, jak ja ich mam dość –pisała majorowa do babci.

Do Czerniowiec pojechaliśmy koleją, a później jakimś powozem. Tak mi się wydaje. Nie wiele pamiętam z tej podróży do Czerniowiec, bo było gorąco, a ja byłem śpiący.

Byłem dzieckiem jasnowłosym z dużymi brązowymi oczętami, a do tego ubrany w biały garniturek z furażerką, prezentowałem się zgoła odmiennie od tych obdartusów, jak określiła majorowa, kiedy witając mnie tuliła do siebie. A przyciskała tak mocno, że chciałem krzyczeć i zacząłem się wyrywać. Nazajutrz panie usiadły przy stoliku na werandzie i popijały herbatkę oraz jakieś nalewki. Mnie po zjedzeniu pysznego śniadania i ciastka kazano bawić się wyłącznie w ogrodzie i w sadzie z zieloną murawą. Wychodzenie poza ogrodzenie było absolutnie zabronione.

–Mieciu, powiedziały panie niemal jednocześnie, nie wychodź na ulicę, bo cię okradną!

Jak tu nie wychodzić, kiedy ulica była ciekawsza od sadu i ogrodu. Panie były zajęte sobą, a ja byłem już na ulicy. Niemal natychmiast podbiegł do mnie smagły, bosy i w połatanych porciętach chłopak, zerwał mi moją bialutką furażerkę, z której byłem bardzo dumny, i uciekł w dół drogi krzycząc i śmiejąc się na cały głos. Zacząłem również krzyczeć z rozpaczy. Panie na krzyk dziecka wybiegły na ulicę. Majorowa groźnie kiwała palcem na urwisa, który z moją furażerką na głowie stał opodal i grał jej palcami na nosie. Mnie posadziły panie w wiklinowym fotelu, pouczyły, że powinienem słuchać starszych i być grzecznym. - W przeciwnym przypadku deseru nie będzie– stwierdziła babcia.
–Nakrycie głowy dziecko musi mieć - powiedziała majorowa i zawiązała mi na głowie chusteczkę. Wszelkie lustra omijałem z daleka. Do końca dnia byłem markotny, nie odzywałem się i nic mnie nie cieszyło. Nawet kolorowe książki i wisząca biała broń umarłego majora nie mogły mnie rozweselić. Śpiąc, śniłem całe zajście i to, że moją ulubioną furażerkę odebrałem. Jakież było moje zdziwienie rano, kiedy się obudziłem. Na stoliku leżała moja furażerka, bialutka, wyprasowana i taka jakaś uroczysta! Skąd ona się tam wzięła? Do dzisiaj pozostało tajemnicą. Pani majorowa była szczęśliwa, że dziecko jest uśmiechnięte.

W Czerniowcach byliśmy kilka dni. Jeździliśmy wynajętym powozem po mieście i okolicy. Od pań już się nie oddalałem  i byłem grzeczny, co było wynagradzane lodami. Gdyby mnie ktoś dzisiaj zapytał:co widziałem i co zrobiło na mnie wrażenie? nie umiałbym odpowiedzieć. Najbardziej pamiętam ulice górzyste, pełne wybojów, a przy nich różne domy, pachnące sady, jakieś kawiarnie i restaurację, a właściwie stoły ustawione w ogródkach z ładną zastawą i bardzo ciężkimi sztućcami.
Cały czas pilnowałem mojego nakrycia głowy. W drodze powrotnej do Zaleszczyk i dalej jechaliśmy koleją.

Aż do naszego Teresina, babcia opowiadała mi bajki i mówiła o kraju, który nazywa się Rumunia. Ja oczywiście słuchałem,  zadawałem pytania, ale cały czas obserwowałem wszystko to, co dzieje się wokół mnie. Bardzo lubiłem podróże. Potem w domu  długo opowiadałem mamie i tacie co widziałem po drodze. Na przykład wysoki most na Dniestrze w Zaleszczykach – bardzo szerokiej rzece, a Zaleszczyki to miasto duże, większe od naszego Borszczowa –mówiłem. Zapewniałem, że jest bardzo czyste i kolorowe. Podobno barwnie opisywałem jazdę pociągiem, i znowu mosty –te mnie fascynowały– i różne zakręty wśród skalistych zboczy wzgórz, a także dziwne lasy i zauważoną zwierzynę, oczywiście dziką. Domową znałem doskonale.

Ta podróż do innej krainy z babcią Agnieszką była ostatnią. Poprzednie podróże pamiętam jedynie fragmentarycznie, tak jak może zapamiętać dziecko. Do tych fragmentarycznych podróży mógłbym zaliczyć dwie, wśród wielu, z których pozostały w pamięci jedynie malutkie epizody. Jedną z nich była podróż do Bilcza Złotego i do jaskini Werteba. Pamiętam, że w jaskini bardzo się bałem. Szliśmy w dużej grupie dorosłych i dzieci. Światło, które na ścianach tworzyło straszne ruchome cienie było z pochodni lub dużych świec. W jaskini pachniało wilgocią i nie było przyjemnie.
W niektórych miejscach zwisały sople, duże i mnóstwo małych i  stawały się kolorowe w świetle. Niektóre wyrastały z ziemi, były odwrotne, czego nie mogłem pojąć.

Z innej wycieczki zapamiętałem strome, bardzo długie, czerwone schody wykute w piaskowcu. Wiodły do małego kościółka, również wykutego w tym piaskowcu. Wykuli go podobno mnisi - jak mówiła babcia. Schodów było tyle ile jest dni w roku. W kościółku byliśmy późnym popołudniem. Wnętrze tego kościółka oświetlały tylko świece. Gra światłocieni była niesamowita i na ścianach widziałem zwierzaki,duchy i fantastyczne stwory, bo wyobraźnię miałem wybujałą. W kościółku, prócz tych migających cieni było przytulnie, pachniało kadzidłem, a niektóre wypukłości rzeźb bajecznie skrzyły się malutkimi gwiazdeczkami.

Czytany 1382 razy Ostatnio zmieniany sobota, 02 czerwca 2018 10:45
Zaloguj się, by skomentować