poniedziałek, 24 października 2011 22:46

[5] Dziadkowie

Napisane przez Mieczysław Walków

Dziadków – rodziców mojego taty nie znałem. Zmarli w 1915 r. Dzień po dniu–17 i 18 listopada. Najpierw zmarła babcia Ksenia, a w następnym dniu dziadek Feliks. Zmarli prawdopodobnie na chorobę zakaźną przywleczoną przez wojska rosyjskie lub jeńców.

Zostawili czwórkę dzieci: Józefa, Michała- mojego tatę, Annę i Stefana. Stefan był tak mały, że od razu został zabrany do sierocińca, do sióstr zakonnych i tam pozostał, aż do pełnoletniości.
Tata urodził się w 1904r. w Piłatkowcach, oddalonych około 8 kilometrów od Łanowców.
W Piłatkowcach byłem we wczesnym dzieciństwie i kojarzą mi się one z dużą pasieką oraz wielkim plastrem na talerzu, ociekającym pachnącym lipowym miodem. Wokół latały pszczoły, a ja wysysałem i zlizywałem cudowny nektar. Trudno jest zapomnieć przeżyte wrażenia. Dziwne, ale wydaje mi się, że pamiętam zapach tego plastra miodu!

Pierwszego września 1939 r. odświętnie ubrany zostałem zaprowadzony przez mamę do szkoły. Do starej szkoły. Nowa nie była jeszcze gotowa dla takich maluchów. Pani nas przywitała i powiedziała, że odtąd będziemy jej uczniami i nauczy nas pisać, a później czytać. Na razie będziemy pisać pałeczki proste, pochylone i takie z ogonkiem oraz brzuszkiem, i coś tam jeszcze. Musiałem się wyraźnie nudzić. Na zwróconą mi uwagę, że powinienem pisać, odpowiedziałem, że już to umiem. Natychmiast zostałem poproszony do tablicy. Pani kazała mi napisać duże „A”. Napisałem. Później inne litery, a ja pisałem. Dzieci pootwierały buzie i czekały na pochwałę. Pani napisała trzy literki i zapytała, czy ja wiem, co ona napisała? Pokiwałem głową, a zachęcany przeczytałem: „Ala”. Pani kazała mi siadać i miałem powiedzieć mamie, żeby przyszła do szkoły. Koledzy przez całą drogę nie dawali mi spokoju. Jedni mówili, że będę miał burę za to, że się nudziłem i nie uważałem na lekcji i dlatego pani mnie zawołała do tablicy. Drudzy uspokajali i mówili, że chyba pójdę do wyższej klasy, bo już umiem pisać i czytać. 
Mama widząc, że jestem markotny, zapytała czy szkoła mi się podoba, czy poznałem nowych kolegów i koleżanki?  Odpowiedziałem, że szkoła mi się podoba, ale pani nie. Na pytanie, co znowu zmajstrowałem? Opowiedziałem jak było i, że mama musi pójść do szkoły. Ze szkoły mama wróciła w niezbyt dobrym humorze. Dopiero po kilku latach opowiedziała mi, że moja pani starała się zrobić mamie awanturę, za niewłaściwe przygotowywanie dziecka do szkoły.
– Dziecko nie może być nauczane z wyprzedzeniem, bo nie będzie brało czynnego udziału w lekcjach i w końcu będzie nieuważnym matołem – podobno pouczała mamę nauczycielka.
We wcześniejszym przygotowaniu do szkoły mama nie brała bezpośredniego udziału. Nauczał mnie stryjek Stefek, który przez jakiś czas mieszkał u nas. Tylko wtedy miał trochę spokoju, kiedy byłem zajęty pisaniem literek lub pisałem jakieś słowo po raz któryś. Pokazywał jak wyglądają literki duże i małe w elementarzu i kazał mi je przepisywać.
A że miałem świetną zabawę, a on mnie chwalił za precyzję naśladownictwa, to nic dziwnego, że znałem literki i umiałem nawet czytać niektóre słowa. Oczywiście te dziecięce. Jednym słowem, stryjek zawinił, mama oberwała!  Na szczęście okazało się później, że obawy nauczycielki były niesłuszne.

W tym czasie, widziałem jak na przerwach zbierali się nauczyciele na podwórku i coś omawiali. Mieli miny pogrzebowe.  Było już po mobilizacji, ale powszechnie panowała atmosfera, że ten stan będzie trwał krótko, a wojna nie tak szybko przyjdzie pod nasz dom. Rodzice z pewnością znali sytuację na terenach zajętych przez Niemców, ale dzieciom wtedy nic nie mówiono. Ostatni raz w polskiej szkole byłem w sobotę 16 września 1939r.

Siedemnastego września rano 1939 roku weszli Rosjanie, a babcia gdzieś się zaszyła. Później okazało się, że Agnieszkę Czarnecką (wiem z rozmów rodzinnych, że ukrywała się w Horszkowcach i Uhryńkowcach u swojego brata), władze sowieckie złapały.
Sąd ludowy w Bilczu Złotym najpierw skazał babcię na karę śmierci, a później w Kopyczyńcach, w wyniku ogromnej ilości świadków, zeznających na jej korzyść, jako dobrej, oddanej ludziom akuszerki inny sąd ludowy zamienił na karę: osiem lat ciężkich robót.
Nigdy później nie widziałem mojej babci Agnieszki.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    
  Pod koniec 1940 cały dzień czekaliśmy z mamą i ciocią Franią w Skale Podolskiej na widzenie z babcią. Do spotkania nie doszło. Nie zezwolili na widzenie, mimo tego, iż czekaliśmy na korytarzu,  nie mogąc usiąść. Na korytarzu nie było ani jednej ławy ani jednego krzesła.
Wiosną 1941 roku, dowiedzieliśmy się później, Sowieci wywieźli babcię na Sybir. Tam, w Krasnojarsku lub Czelabińsku, dokładnie nie pamiętam, podobno widział ją sąsiad o nazwisku Wesoły, który wrócił z zesłania po wojnie. Pan Wesoły mówił, że nadal zajmowała się chorymi i odbierała porody.
Opowiadał, że babcia mówiła coś o więzieniu i ciężkich robotach, ale nic więcej nie mógł powiedzieć. Powiedział tylko, że trudno było z panią Czarnecką długo rozmawiać. Zawsze była w ruchu.
Być może moja babcia zmarła na Syberii. Miejsce nie jest mi znane. Listy od babci, były niszczone w sielsowiecie w Łanowcach.
Z pewnością przez tych samych, którym niosła często pomoc, i może jej właśnie zawdzięczali bezpieczną podróż na świat.
Dopiero później zrozumiałem, dlaczego babcia nigdy nie śpiewała po ukraińsku.

Czytany 1336 razy Ostatnio zmieniany sobota, 02 czerwca 2018 14:48
Zaloguj się, by skomentować