środa, 07 grudnia 2011 22:26

MERATRONIK, który już nie istnieje

Napisane przez Mieczysław Walków

METRATRONIK- zakład wymazany z powierzchni Szczecina. Po dwumiesięcznym odpoczynku od Hydromy, piętnastego grudnia 1976 roku przejmowałem od inż. Wojciecha Mikulskiego Oddział Zjednoczonych Zakładów Elektronicznej Aparatury Pomiarowej przy ul. Bohaterów Warszawy w Szczecinie. Zakład, o którym mowa, budował mój kolega ze studiów inż. Franciszek Maziarz. Dzięki jego ogromnej zapobiegliwości Meratronik wyposażony został w nowoczesne maszyny i posiadał doskonałą kadrę techniczną.

Niestety organizacyjnie należał do jednostki produkcyjnej w Warszawie, a ta z kolei do Zjednoczenia- Mera.
Słowo: "niestety"jest bardzo uzasadnione. Bo takie przynależności w tamtych czasach były jedynie przeszkodą. Udowodniłem to omawiając przynależność HYDROMY do Kombinatu Maszyn Budowłany -BUMAR- Waryński w Warszawie.

Ostatnimi czasy dyrektor inż. Mikulski nie radził sobie z prowadzeniem zakładu, jego wynikami produkcyjnymi oraz stosunkami wewnątrz zakładu. Nie miałem zamiaru, i nie chciałem wnikać w szczegóły kłopotów mojego poprzednika. Zaufałem koledze Wojtkowi, bo prosił i wydawało mi się, że to, co jego osobiście dotyczyło nie mogło być przeszkodą, abym objął oddział w zarządzenie.
( Jak się okazało był to  mój następny błąd, w relacji Warszawa –Szczecin).  

Po pobieżnym zapoznaniu się z kadrą techniczną, załogą i tematyką produkcji, a także z zasobami wyposażenia i możliwościami technicznymi fabryki - pomyślałem sobie, że z tego zakładu pracy da się zrobić dobrą liczącą się firmę. Nie przeczę, że liczyłem na mądrość kierownictwa w Warszawie, któremu miałem podlegać. Robili wrażenie ludzi poważnych.
Po rozmowie z dyrektorem przedsiębiorstwa mgr Tadeuszem Papajem byłem zobowiązany w bardzo krótkim czasie, dwóch tygodni, nie tylko zapoznać się ze specyfiką produkcji, załogą i jej potrzebami, ale brać czynny udział w tworzeniu nowego planu na rok następny (nie był dopięty do końca) i w tzw zamykaniu roku 1976. Objąłem zakład przy końcu roku.
Jednym słowem moralnie zacząłem brać na siebie obowiązek lidera, który  odpowiadał za oddział warszawskiego przedsiębiorstwa w Szczecinie.
Za wyniki z roku poprzedniego nie mogłem odpowiadać, ale one miały wyraźny wpływ na kondycję firmy i moją pracę w roku następnym.
Każdy zdrowo myślacy człowiek  by to  przyznał.
Przy uczciwej grze, taki sposób przejmowania zakładu, niemal w biegu bez dokładnego audytu, był do przyjęcia.Pod warunkiem, że gra była prowadzona uczciwie. Tym bardziej, że odchodzący dyrektor był w zarządzie jednostki zwierzchniej.
Na początku nie mogłem zbytnio narzekać, bo moi zwierzchnicy zdawali sobie sprawę z tego, że mogę szybko podziękować im za ten kawałek chleba i poszukać innej pracy, gdybym stwierdził, że chcą mnie w coś wmanewrować na starcie.
Ale jak to będzie wygladało później? Okaże się niebawem - pod koniec następnego roku 1977.  

W Meratroniku za wyjątkiem obróbki wiórowej w narzędziowni i w gnieździe automatów tokarskich na wydziale mechanicznym, wszystkie wydziały produkcyjne były czyste i suche. Nie zaliczam do tej wyliczanki galwanizerni, która z reguły prowadzi procesy w kąpielach, wobec czego jest mokra.
Z chwilą, kiedy obejmowałem zakład we władanie załoga liczyła około 680 osób i składała się w większości z płci pięknej. 
W szczecińskim zakładzie Meratronik większość załogi  posiadała wykształcenie techniczne: zawodowe, średnie i wyższe po kierunkach: elektrotechniki, elektroniki i elektro-mechaniki, mechaniki. Były też inne specjalności. W krótkim czasie stwierdziłem, że załoga MERATRONIKA  stanowi jego najwyższą wartość. To właśnie w załodze tego zakładu drzemała potężna siła wszelkich inicjatyw przynoszących zyski. Potrzeba było tylko je(te inicjatywy) pobudzić do działania.

Cały zakład pracy mieścił się w zwartej budowli wielokondygnacyjnej, pomijając kotłownię, która z natury była w osobnym budynku specjalnym.
Na wstępie dowiedziałem się, że wśród załogi pracują moi koledzy ze studiów: mgr inż. Zbyszek Gniewoszewski – był zastępcą gł. konstruktora (później powierzyłem jemu pieczę nad wydziałem narzędziowym, zwanym narzędziownią) oraz inż. Bronek Ślęga – główny technolog zakładu.

Na kilka tygodni przed moim przyjściem do Meratronika, mój poprzednik na skutek pewnej psychozy, odwołał ze stanowiska gł. inżyniera i zastępcę d/s technicznych mgr inż. Przemysława Nowakowskiego, doskonałego elektronika i jak się okazało bardzo sympatycznego współpracownika.
Na jego miejsce powołał Henryka Popka, który dopiero studiował, ale nie elektronikę. Dwaj inni zastępcy inżyniera Mikulskiego to: Henryk Kaczmarek-magister ekonomii. Pełnił rolę dyrektora handlowego, i Mieczysław Adamczyk, był Gł. Księgowym. Wymieniam te osoby, ponieważ odegrały kluczową rolę w historii tego przedsiębiorstwa podczas sprawowania mojej władzy.
Szefem produkcji był wówczas mgr inż. Stefan Ziółkowski - późniejszy (od 1992 r) wiceprezydent m. Szczecina.
Jak już nadmieniałem Oddział szczeciński miał bardzo dobrą obsadę techniczną. Była ona zdolna pokonać nie jeden problem techniczny i organizacyjny.
Jako dyrektor mogłem z taką kadrą pokusić się na potężny skok w rozwoju fabryki, gdyby…. Gdyby nie zawiść Warszawy i bojaźń przed wolnością Szczecina.

Istotnie, w ciągu zaledwie nie całego roku pokazaliśmy "warszawce", że jesteśmy zdolni technicznie i organizacyjnie zdobywać palmę pierwszeństwa w tej organizacji przemysłowej - w elektronice i elektromechanice. 
Oczywiście w warunkach zdrowej konkurencji, bez niemądrej i nadętej władzy w Warszawie.
Zajęty nadrabianiem tego, czego nie zdążył zrobić mój poprzednik lub zaniechał, lub umyślnie zrobił nie tak, i z uwagi na bardzo krótki czas nie zdążyłem odkryć kreta pracującego na rzecz, pożal się Boże, macierzy w stolicy.
 Znowu wyszło na to, że zaufałem nie tym ludziom. Mój poprzednik, zostawił mi nie tylko pewien skrzętnie ukrywany bałagan w ekonomice zakładu. Zostawił ludzi albo człowieka niedouczonego albo umyślnie zobowiązanego do pieczy nad tym bajzlem, który miał mnie w odpowiednim czasie zneutralizować, gdybym chciał się usamodzielniać. Śmieszne to, ale prawdziwe i podłe.
Takie miałem odczucie, podczas ostatniej rozmowy z T.Papajem dyrektorem Centrum Komputerowego na Łopuszańskiej w Warszawie w marcu 1978 roku. 

Podstawowym produktem masowym Meratronika był automat czasowy–AT15 regulujący światło na klatkach schodowych i korytarzach. Automaty, jak zwykliśmy nazywać te urządzenia, były rozprowadzane po całym kraju i były również eksportowane.
Innym wyrobem były obudowy do przyrządów pomiarowych dla całego zjednoczenia MERA. Zgodnie z nazwą oddział wytwarzał, w różnej ilości, zasilacze i przyrządy pomiarowe, jako wyposażenie różnych stacji diagnostycznych i pomiarowych z serii „E”– mostków ( np. E-316, E-317 i inne), anemometry, później wilgotnościomierze dla magazynów zbożowych. Aparaturę sterującą do siłowni okrętowych zwanych przetwornikami temperatury, dopiero przygotowywano do  produkcji (w latach późniejszych był to wyrób sztandarowy, produkowany z wielkim powodzeniem na terenie Meratronika, przez OBR pod dyrekcją mgr inż. Z. Gniewoszewskiego, przyp. MW)


Dotychczasowy dyrektor zakładu - oddziału MERATRONIK w Szczecinie, inż. Wojciech Mikulski powrócił do Warszawy do zakładu – matki  przy ul.  Białobrzeskiej.
(Po kilku miesiącach pracy w zakładzie- matce w Warszawie, został powołany na dyrektora tego przedsiębiorstwa, a dotychczasowy szef tej firmy  Tadeusz Papaj objął stanowisko dyrektora Centrum Komputerowego we Włochach przy ul. Łopuszańskiej. I od tej chwili był moim zwierzchnikiem nadrzędnym.
Jednym słowem oddział szczeciński w nowej organizacji spadł o jeden szczebel niżej).

Z wielką ochotą zabrałem się do tworzenia czegoś nowego w moim inżynierskim życiu. W  bezpośrednich rozmowach z kadrą techniczną, produkcyjną, zaopatrzenia i zbytu (marketingu) szybko poznawałem wyroby i problemy produkcyjne, i już po kilkunastu dniach potrafiłem z kadrą techniczną zakładu znaleźć wspólny język.
Zaczęliśmy szybko wypracowywać nowe wyroby i nowe warunki techniczno organizacyjne. W ciągu kilku miesięcy potrafiliśmy uruchomić kilka nowych wyrobów, na które znaleźliśmy pokaźny rynek zbytu.
Równolegle porządkowaliśmy technologię, dozbrajaliśmy Oddział tak, aby nasze produkty były nie tylko niezawodne, ale eleganckie i tanie. Rozwijaliśmy eksport do demoludów i rozpoczęliśmy na obszar dolarowy do USA.

Mnie nie przeszkadzało, że byliśmy tak nisko w hierarchii podległości organizacyjnej. Byłem w swoim żywiole i muszę przyznać, że ten typ produkcji bardzo mnie pociągał.
Nawet wcześniej rozpoczęty (jeszcze przez poprzednika, na początku jego działalności) przyrząd do pomiaru wilgotności ziaren zbóż, i zarzucony z powodu nieporadzenia sobie ze sprężyną, od której zależał dokładny pomiar, został przy mojej pomocy ukończony, przebadany i miał ogromny zbyt, szczególnie podczas skupu ziarna.
Podobnie było z kilkoma przyrządami do pomiarów elektrycznych.
W ciągu trzech kwartałów, współpracując z jednostkami badawczymi, uruchomiliśmy w Szczecinie wiele nowych wyrobów i niektóre z nich były produkowane masowo. Na przykład ( K47) – przerywacz świateł samochodowych był później produkcją nośną. Bez tego wyrobu Meratronikowi byłoby bardzo ciężko istnieć. Kilka kolejnych wyrobów przygotowywaliśmy do produkcji i były one w różnych fazach prac przygotowawczych. 

Poznałem w tym czasie słynnego inż. Jaka Karpińskiego z jego komputerem osobistym K-202. Tego samego, który później usunął się w cień i hodował świnie. Co było powodem takiej ucieczki w nicość? Warto poszukać w internecie. Ja domyślam się dlaczego tacy jak inż. Karpiński usuwali się w cień.

Jednocześnie w tamtym czasie byliśmy zmuszeni do pokonywania olbrzymich trudności zaopatrzeniowych. Szczególnie w podzespołach elektroniki.
Zakupy za dewizy były prawie niemożliwe. Także z powodu jednostki zwierzchniej. Musiała w pierwszej kolejności zabezpieczyć własne potrzeby produkcyjne.
Kupowanie polskich materiałów i podzespołów, też napotykało na niesamowite kłopoty.
Musiałem być bardzo mobilnym dyrektorem. A to dlatego, że jak wcześniej napisałem - Zakład składał się w większości z załogi kobiecej. Nawet w dziale zaopatrzenia i dziale zbytu (marketingu). Dyrektor - mężczyzna czasem był lepszym atutem ( prawda, że nie zawsze).
W Meratroniku szczecińskim wiele wspaniałych i mądrych kobiet było na stanowiskach kierowniczych. Także technicznych.

W tym czasie, każdy zakład produkcyjny musiał coś oferować na tak zwany rynek. Mówiło się wówczas, że była to produkcja uboczna na rynek. Przed moim przyjściem do Meratronika o takiej produkcji nawet mowy nie było. Mój poprzednik nie miał pomysłu? Myślę, że duchem od dawna był  Warszawie.

Na jesiennych MTP w Poznaniu, w 1977r. osobiście zawierałem umowy na wiele milionów złotych na zbyt naszych wyrobów do sieci handlowej kraju.
Jaki wówczas był popyt na towary konsumpcyjne niech świadczy fakt, że zawarliśmy także umowy zbytu na kilka wyrobów, które pokazaliśmy na targach jako prototypy, tak zwane zajawki, które potrzebowały czasu na ich badanie i przygotowanie do produkcji.
O tym fakcie oczywiście wszystkich uczciwie informowaliśmy. 
Handlowcy musieli mieć do nas wielkie zaufanie albo koniecznie chcieli mieć pierwszeństwo w dostawach.  I dlatego, godzili się na nasze warunki. Podpisywali umowy z klauzulą nie karania nas za brak dostaw, gdyby się okazało, że wyrób nie uzyskał zgody na jego rozpowszechnianie –  czyli na produkcję.

Niestety były to czasy dziwne i zarazem niedorzeczne. Dyrektor zawsze miał większe przebicie w załatwianiu sprawy, aniżeli delegowany pracownik. Przykładem może być jeden z wielu epizodów.
Opracowaliśmy elektryczną lampę na wzór lampy naftowej z tak zwanym ściemniaczem– czyli regulacją natężenia światła. Pokręcało się pokrętłem tak, jak w starej poczciwej lampie naftowej z knotem.
Na ten produkt było ogromne zapotrzebowanie. Prawie każdy sklep w kraju chciał mieć w sprzedaży lampy z Meratronika w Szczecinie .Jako producent, mieliśmy ogromny problem z dostawcami: podstawy lampy z porcelitu oraz  jej klosza ze szkła.
Dzięki uroczym kobietom pracującym w dziale zaopatrzenia, w dość krótkim czasie udało się znaleźć wytwórcę kloszy do lamp i to w różnych kolorach.Oczywiście po wielu perypetiach i wręczeniu odpowiednich bakszyszów - gadżetów, często naszej produkcji. 

Nijak nie mogły panie znaleźć dostawcy porcelitowych podstaw do lampy, ani w Ćmielowie, ani w Chodzieży i Bolesławcu. Wszelkie zabiegi spełzły na niczym.
Każdy z tych zakładów posiadał możliwości techniczne do produkowania takich podstawy. Ale jak zwykle bywało w ciągu trwającego roku niczego nie można było wcisnąć żadnemu.
Trzeba trafu, że na MTP (zaznaczam jesiennych) w Poznaniu obok naszego stoiska znajdowało się stoisko Wytwórni Porcelitu w Bolesławcu. Osobiście przeprowadziłem rozmowę z kierownikiem stoiska (odpowiadał za zbyt) i prosiłem, abyśmy podpisali umowę na dostawę z jego zakładu kilkanaście tysięcy podstaw do tychże lamp, wręczając mu nasze rysunki. Termin dostawy - najlepiej od zaraz. Poważniej, od połowy grudnia 1977 roku albo szybciej.
On takiej możliwości absolutnie nie widział. Powiedział mi natomiast, że jutro na ich stoisku będzie jego dyrektor. On mnie o przybyciu dyrektora powiadomi i...
– Dyrektorzy kiedy chcą to się dogadają– zażartował.
Jutro była sobota. Zostałem powiadomiony o przybyciu delegacji i zaczęliśmy rozmowy z dyrektorem z Bolesławca. Najpierw przy kawie na Targach, a później w większej gronie usiedliśmy przy suto zastawionym stole w ADRII (Kto nie zna z tamtych czasów restauracji - Adrii w Poznaniu ten wiele stracił).
Po kilku godzinach zdrowego pochłaniania byliśmy z dyrektorem po imieniu i nawet zrobiliśmy tak zwane machniom. Mój nowiutki pozłacany zegarek marki Polot był w jego ręce, a w mojej jego sfatygowany zegarek francuski bez kamieni i widocznie na cegłach.  Później było odwrotnie, ale honorowo nie chciałem przyjąć. Dyrektor był w moim wieku i doskonale rozumieliśmy się. Każdy z nas jechał tym samym pojazdem potrzeb masy towarowej na rynek. On co prawda wszystko wytwarzał na rynek, ale współpraca z  Meratronikiem powiększała jego znaczenie.Był także zapobiegliwy i z marszu zamówił dla swojej załogi kilkadziesiąt lamp na Gwiazdkę.
 
Zaraz po Targach Poznańskich pojechaliśmy w trójkę do Bolesławca i…. po paru dniach płynęły do nas nieprzerwanie fajansowe, w kolorach brązu, zieleni, ultramaryny i kolorach pośrednich -podstawy, które uzbrajaliśmy we wszystko inne.
I była to naprawdę ładna lampa. Sprzedawała się jak ciepłe bułeczki. Nie mogliśmy nadązyć z produkcją. Było tak wielkie zapotrzebowanie. My tymczasem mogliśmy pracować nad innymi wyrobami: przerywaczem świateł samochodowych–K47, lampą samochodową zwaną-kanałową, prostownikiem do akumulatorów, a nawet przyrządem do gry w szachy z komputerem(!) oraz wieloma innymi.

W Meratroniku miałem czas na podziwianie mojej młodzieży, która grała w piłkę nożną, i to z niezłym skutkiem.

W Meratroniku wprowadziłem zasadę (mówili na to - nowa tradycja) uroczystego pasowania na pracownika. Młodzi ludzie( nowi pracownicy) odbierali to specjalne powitanie w zakładzie pracy z wielkim przejęciem.
Nieraz widziałem łzy szczęścia w ich oczach, kiedy leciutko uderzałem w ramię specjalnie wykonanym berłem, powtarzałem formułkę i życzyłem sukcesów i radości z pracy w naszym zespole.

Sekretarzem POP PZPR był wysoce kulturalny człowiek (mgr inż. Kowalewski), który pracował na stanowisku kierownika działu kontroli wyrobów. Dział ten był dobrze zorganizowany i nigdy nie miałem do jego pracy żadnych zastrzeżeń.  Absolutnie nie wtrącał mi się do zarządzania przedsiębiorstwem.

Wszystko by się dobrze układało, gdyby…..
Na początku nie miałem czasu na zmiany personalne. Moi zastępcy robili wrażenie, że rozumiemy się od samego początku. Jeden z nich zachował twarz do końca.
Natomiast dwaj inni czekali na z góry ukartowany termin planu swojego lub mojego zwierzchnika.
Planu, o którym wiedzieli tyko oni (?). 

Mój zastępca ds. technicznych pracował nad pracą dyplomową i zdawał ostatnie egzaminy. Siłą rzeczy, ja jako inżynier, musiałem jego obowiązki częściowo brać na siebie.
Natomiast główny księgowy i jednocześnie odpowiedzialny za ekonomikę i sprawozdawczość w  zakładzie, po prostu nie był lojalny i    współpracował z moimi zwierzchnikami.
Robił to w taki sposób, że ja dowiadywałem się o tym bardzo okrężną drogą i zazwyczaj po czasie i nie mogłem w porę sprzeciwiać się ich niecnej gierce.
Przykładem mogłyby być wcześniejsze nadmierne zapasy nietrafionych zakupów elementów elektronicznych. Wartości zapasów odpowiednio wykazywane przez księgowego lub nie, miały wpływ na wskaźniki ekonomiczne. Jak to robili poprzednio rządzący zakładem wiedzieli tylko oni? Do tego dochodziły inne praktyki mające wpływ na ekonomikę, których nie będę wymieniał.
Miałem prawo tak przypuszczać, bo w listopadzie byłem telefonicznie zmuszany przez moich zwierzchników z Warszawy, a szczególnie z Łopuszanskiej do fałszowania meldunku o wykonaniu zadań, czyli planu - wyniku ekonomicznego.
Jednym słowem fałszowania sprawozdawczości GUS. Oczywiście odmówiłem i musiałem odejść z tego zakładu. 
Mam tego dowód w postaci wyroku sądowego, że takie praktyki były stosowane. 

Pozwałem Meratronik o niewypłacenie w pełnej wysokości należnej mi premii rocznej za osiągnięcia eksportowe. Zakład wypłacił mi kwotę, ale mocno okrojoną uważając, że nieobecni nie mogą mieć racji.
Okręgowy Sąd Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w Szczecinie z dnia 22 lutego 1980, zasądził od pozwanego- MERATRONIK wypłacenie mi pełnej kwoty wraz odsetkami. 
W obszernym uzasadnieniu napisał: cytuję wyjątek wyroku:
…W braku dowodu na piśmie i innych na okoliczność przyczyn odwołania wnioskodawcy ze stanowiska dyrektora, które miały wg twierdzeń pozwanego wiązać się także z pozbawieniem wynagrodzenia premiowego za 1977r. Sąd przeprowadził dowód z przesłuchania wnioskodawcy w charakterze strony. Z zeznań tych, którym nie można w okolicznościach sprawy odmówić wiary wynika, że wnioskodawca odwołany został ze stanowiska dyrektora zakładu z tej przyczyny, iż odmówił on podania w meldunku wykonania realizacji planu za m-c listopad, który w rzeczywistych warunkach był nie realny, zaś złożenie meldunku musiałoby zawierać dane fałszywe.

Z pismem odwołującym mnie ze stanowiska szóstego dnia grudnia 1977r. dyrekcja  z Warszawy przysłała  mgr Wojciecha Marcinkiewicza, dyrektora ds. ekonomicznych, który wręczając mi to "miłe" powiadomienie tak się wstydził, że nie wypowiedział ani jednego słowa. Dopiero później, kiedy zostaliśmy sami w obszernym gabinecie, bardzo mnie przepraszał, że musiał brać udział w tej farsie. Z decyzją odwołania mnie z funkcji dyrektora nie mogła zgodzić się miażdżąca większość mojej załogi.
Nawet wybrali komitet obrony i chcieli dochodzić swego poprzez protest. Podziękowałem za wspólną pracę i za miłą, twórczą atmosferę i odruch serca, ale jednocześnie prosiłem, aby zachowali spokój.
Wyobrażałem sobie, co by było gdybym stchórzył i podpisał taki fałszywy meldunek?Za umyślne wprowadzanie w błąd GUS, mogłem zarobić kilka ładnych latek odsiadki.
 
Po głębokiej analizie, na podstawie informacji jakie do mnie później docierały, był taki zamiar moich zwierzchników w Warszawie, abym siedział. Znowu nie miałem szczęścia do góry w warszawce, która realizowała swój plan. Podobno rodzinny, jak mawiali wtajemniczeni w koligacji. Ale dlaczego takimi metodami? Tego nie mogłem zrozumieć i nie wiem. I wiedzieć nie chcę?

Później, kiedy dowiedziałem się o kłopotach inż. Karpińskiego, fenomena techniki, byłem pewny, że wnikliwie oceniałem Centrum Komputerowe we Włochach i Zjednoczenie MERA w Warszawie. 
I znowu powtórzę: Tam też pracowali bardzo wartościowi ludzie, ale decydowali za nich zwykli nikczemnicy.

Przestałem być dyrektorem, ale pozostawałem nadal pracownikiem, bez pracy do końca marca.1978r. Pracy nie poszukiwałem. To raczej ona mnie niemal ścigała.
–Taki stan wolności, należy do przyjemności – myślałem wówczas i pojechałem do sanatorium w góry, dzięki zapobiegliwości uprzejmego pana Psicy - kierownika działu socjalnego.

Dzisiaj MERATRONIKA już nie ma. NIE ISTNIEJE. Nic nie pozostało z tego zakładu. Nawet nikt by nie przypuszczał, że w tym miejscu pracowało około tysiąca młodych, wykształconych, pełnych wiary w przyszłość ludzi, którzy wytwarzali urządzenia elektroniczne, elektryczne, pomiarowe i inne.
Zakład ten miał przed sobą przyszłość, a pozostała po nim nicość. Wielka to strata nie tylko dla Szczecina.To wielka strata dla całej polskiej gospodarki.

Czasem zastanawiam się nad tym: komu do diabła tak bardzo zależało na zrównaniu z ziemią twórczych zakładów pracy w Szczecinie?(Polmo, Meratronik, Hydroma, Selfa i wiele innych. Tych innych mury jeszcze stoją, ale są martwe jak: ZREMB– fabryka dźwigów, Huta, Papiernia – Skolwin, Wiskord, Stocznia Szczecińska i inne).
Dawały one nie tylko pracę i wymierne efekty dla Polski, ale pozwalały kształtować i rozwijać własne kadry zawodowe i dawały radość tworzenia. Były twórczym zapleczem dla wszystkich szkół i uczelni i wymarzonym miejscem pracy absolwentów! 
Myślę, że potomni upomną się kiedyś o to.
Jestem przekonany, że się upomną. Takim zniszczeniem przemysłu nie powstydziłaby się wojna. Biada tym, którzy do tego się walnie przyczynili,a których nie będę wymieniał. Oni dzisiaj mają same frazesy na ustach. Głowy zaś- wypełnione pustką.Całkowitą pustką!

W czasie ustawowego odpoczynku poszukiwano dla mnie pracy i sam czyniłem takie zabiegi. Dyrekcja Kombinatu Maszyn Budowlanych w Warszawie koniecznie chciała abym powrócił do tej organizacji.
W marcu otrzymałem kopię pisma SO/336/78 z dnia 21.03.78. wysłanego do Centrum Naukowo- Produkcyjnego Technik Komputerowych i Pomiarów, w którym Kombinat Maszyn Budowlanych Bumar - Warszawa zwracał się z uprzejmą prośbą o wyrażenie zgody na moje przejście do pracy w tej organizacji z dniem 1.04.1978r. na zasadzie porozumienia między pracodawcami – podpisał pismo mgr Władysław Jaremkiewicz, zastępca dyrektora Kombinatu ds. pracowniczych.
Do pisma była dołączona prośba, abym przybył na koszt Kombinatu do Warszawy jeszcze przed końcem miesiąca marca.

W tym samym czasie Dyrektor Techniczny mgr inż Reszka ze Zjednoczenia Montażu i Kompletowania Urządzeń Inwentarskich wielokrotnie ze mną rozmawiał i gorąco namawiał  na ciekawą pracę w PMPZ MEPROZET w Pyrzycach. Praca miała polegać na rozbudowie przedsiębiorstwa, a szczególnie na stworzeniu prototypów i rozwinięciu produkcji maszyn rolniczych do hodowli zwierząt w fermach wielkotowarowych, czyli PGR-ach.

Z kolei dyrektor Zajączkowski z ZNTK w Stargardzie, również nie rezygnował. Zaproponował, abym się udał z nim do Warszawy do dyrektora Zjednoczenia ZNTK, na osobistą rozmowę w sprawie ewentualnego przyjęcia przeze mnie stanowiska szefa biura konstrukcyjnego maszyn drogowych - kolejowych, o których już wspominałem. (Rozpoczynali współpracę z PLASEREM Austria)
Podczas tej rozmowy spotkałem się po latach z moim przyjacielem z lat szkolnych z Państwowego Gimnazjum Mechanicznego w Stargardzie i PST przy ul. Racibora w Szczecinie - mgr inż. Zdzisiem Sawickim ( nie decydował o moim przyjeciu do tego Zjednoczenia). Wszystko na początku wskazywało, że propozycję przyjmę, a innym odmówię, ale bliższe poznanie ewentualnego zwierzchnika ( dyrektora Zjednoczenia) z Warszawy pokazywało, że całkowicie różnimy się podejściem do przyszłości i do sposobu osiągania celu.
Jednym słowem, nie znalazłem w nim człowieka, z którym moglibyśmy mieć wspólny język.
W drodze powrotnej, aż do Stargardu, dyr. Zajączkowski przekonywał mnie, że był to chyba gorszy dzień jego szefa, ale nie gwarantował, że to tylko chwilowe braki pryncypała. Jak się wyraził:
– Bywa, że czasem i ja mam problemy ze zrozumieniem, o co tak właściwie szefowi chodzi? - skwitował. 
Ja takich fanaberii szefów miałem po dziurki w nosie. Takich stosunków: szef – podwładny, nie oczekiwałem.

Do Kombinatu Maszyn Budowlanych Waryński w Warszawie pojechałem pod koniec marca. Przyjęli mnie wylewnie, przepraszali za przeszłość i rozpościerali świetlaną przyszłość. Zaproponowali abym z dyr. inż. Ciećko pojechał do Ostrówka i tam osobiście zapoznał się z fabryką i warunkami pracy. Na razie proponowali mi stanowisko zastępcy dyrektora ds. zaopatrzenia, kooperacji i czegoś tam jeszcze. Mieszkanie w Warszawie mam zapewnione - mówili. Tylko, że znowu było to tylko zapewnienie(?!).

Było przyjemnie ciepło, wiosennie i nie oponowałem na jazdę do Ostrówka. Pojechaliśmy samochodem.  Mój dobry znajomy i kolega dyrektor opowiadał mi po drodze wiele ciekawostek i nieopacznie wygadał się, że mojemu poprzednikowi chyba grozi dochodzenie za jakiś przekręt, który jest mocno związany z jego tzn.Ciećki poprzednikiem, a dla mnie dobrze znanym i lubianym b. dyrektorem fabryki. 

Kiedy zacząłem zadawać kłopotliwe pytania, kolega dyrektor wyraźnie zaczął kluczyć. I tak dojechaliśmy do fabryki Koparek i do hotelu, w którym aż do chwili otrzymania mieszkania miałbym zamieszkać. Oczywiście otrzymując tak zwane rozłąkowe.
Pokój był nawet ładnie wyposażony, ale łazienka była wspólna z pokojem obok.
Poszliśmy do gabinetu, bo samą fabrykę znałem, i nadal słuchałem dyrektorskiego monologu o przyszłości naszej przyszłej pracy.
Dyrektor nawet liczył, że ja z innego rejonu Polski i znany reformator dokonam cudu i poprawię to, co tutaj na tej wsi jest do poprawienia, bo załoga to przeważnie jak się wyraził: chłopki, którzy poza własnym nosem….  W końcu zapytał mnie: – Kiedy, przyjedziesz na dobre, abyśmy zaczęli współpracować?

Powiedziałem, że na razie to on mnie musi odwieźć do Warszawy. Po drodze wyjaśniłem mojemu niedoszłemu szefowi, że z tej mąki chleba nie będzie.
Nie mam absolutnie najmniejszego zamiaru robić u niego porządku.  Zakres pracy, który mi oferuje, także mnie nie interesuje.
O tym wiedziałem jadąc do Ostrówka. Nie byłem o tej porze roku na trasie do Ostrówka i to mnie najbardziej interesowało. Warunki hotelowe, o których tyle pochlebnego mówił, absolutnie mi nie odpowiadają, a szczególnie wspólna łazienka nawet z ładną sąsiadką. A oczekiwanie na mieszkanie nie wchodzi w rachubę.
– Babrać się w waszych zaszłościach również nie mam zamiaru. Sami sobie poradzicie.
Na zakończenie powiem ci kolego dyrektorze, bo byliśmy na „ty”, że bardzo cię szanuję, ale oczekiwałem poważniejszego zadania, odpowiedniego do mojego przygotowania do zawodu.
A jeżeli już mam pracować na wsi, to wolę taką, która jest w zasięgu mojej ręki.

 

Czytany 4890 razy Ostatnio zmieniany sobota, 02 czerwca 2018 19:08
Zaloguj się, by skomentować