wtorek, 01 lutego 2011 18:29

Straszny Sylwester

Napisał

Zaproszeni przez Piotra na bal sylwestrowy, jedziemy z Las Vegas. Irek i ja. Bal odbywa się corocznie w starej kopalni złota na skraju Gór Czekoladkowych w Południowej Kaliforni. Jest to trzeci z wielkich "złazów" organizowanych przez Piotra w różnych miejscach pustyni.

Iwona i Piotr to ludzie, którzy naprawdę pokochali pustynię i zarażają tym wielu znajomych którym odpowiada atmosfera swobody, nieobowiązującej organizacji opartej jedynie na przestrzeganiu kulturalnych stosunków międzyludzkich.

Wybraliśmy trasę jak najmniej obciążoną ruchem samochodowym, bez dużych wzniesień. Drogą stanową 95, wzdłuż rzeki Colorado a potem krótki odcinek autostrady nr. 10.
Kolorowe Canjony i drogą wzdłuż jeziora Sałton Sea. Po sześciu godzinach jazdy dojeżdżamy do celu po nieprawdopodobnych wertepach.
Na miejscu spotkania stoją samochody innych uczestników. Każdy z nich oddalony od innych o około dziesięć metrów, dla zachowania prywatności. Panie, panowie i młodzież grupują się zgodnie z poprzednio zawartymi znajomościami.

Piotr organizuje wyjazd silnej grupy po drewno na ognisko. Jadą pustynnym pojazdem z przyczepą na drewno.
Samo miejsce "balu" ma charakter krateru o średnicy piętnastu metrów, otwartego na północny zachód, z widokiem na dolinę Coachclli i Salton Sea. Wschodnią stronę stanowią Góry Czekoladkowe zbudowane z młodych piaskowców z dużą domieszką rudy żelaza. Stąd kolor czerwono-brązowy. Wspaniale wyglądają przy zachodzie słońca.

Uczestnicy spotkania schodzą się do krateru, w którym stoi stół z bufetem, oraz ogromna kupa starego suchego drewna. Na szczycie pagórka powiewa polska narodowa flaga podświetlona reflektorem. To ładny akcent.

Zaczyna się muzyka a jednocześnie przychodzi nieproszony gość wiatr "Santa Ana". Wiatr jest ciepły, ale bardzo silny i wznosi nieprawdopodobne ilości kurzu o smaku daleko odbiegającym od czekolady.
Z krateru zamienionego na salę balowa, wydmuchiwał kurz i dymiło się jak z wulkanu.
Odwiedzają nas goście z okolicznych ranczy, którzy zasmakowali w towarzystwie Polaków i napojów które piją.

Gdy ucichła muzyka i zapadła cisza przyszedł do mnie lisek pustynny znęcony zapachem kurzych kości. Strach przed człowiekiem paraliżował mu tylne nogi, głód napędzał przednie. Wyciągnął cały swój tułów w moją stronę, jak harmonię. Oczy błyszczały mu w ciemności samym pożądaniem. Dałem mu kości nie przedłużając cierpień. Długo potem słyszałem jego lament poza kręgiem światła.

Zmęczony rozglądałem się za miejscem do spania wybrałem przyczepę Piotra jako najodpowiedniejsze. Wiatr i kurz nie pozwalały zasnąć.
Leżałem w ciemnościach z otwartymi oczyma i swoim zwyczajem "liczyłem gwiazdy". Robię to od wielu lat ponieważ nie używam namiotu.
Tej nocy zaniepokoił mnie duży nietoperz, który bez przerwy latał nade mną wykonując dziwne figury akrobatyczne, koła i ósemki. Starałem się go spłoszyć gwizdami i okrzykami. Nie pomagało. Starałem się sobie przypomnieć gdzie występują nietoperze wampiry, które w nocy wysysają krew z nóg osiołków i mułów.
Przyznam się że rola ofiary nietoperza nie odpowiadała mi. Nie spałem całą noc. W świetle brzasku stwierdziłem że obmierzły latający stwór to czarny proporczyk na antenie pojazdu, którym Piotr ciągnął po pustyni przyczepę z drewnem.
Wybujała wyobraźnie szkodzi na sen, zwłaszcza w sylwestrową nocy na pustyni. W ogóle to dobra rzecz. 

Czytany 950 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 28 listopada 2013 01:17
Zaloguj się, by skomentować