poniedziałek, 06 lutego 2017 13:55

Wspomnienia z ubiegłego wieku

Napisał

Spis treści:

  1. Wstęp
  2. Niezapomniana wigilia
  3. Dożywianie
  4. Sąd
  5. Pokład-Maszyna
  6. Reedukacja
  7. Donosy
  8. Prawa należy przestrzegać
  9. Aleksander   Iwanowski
  10. Sport
  11. Celnicy
  12. Podróże kolejami
  13. Podróże lotnicze
  14. Zwiedzanie/Przygody
  15. Ciekawostki
  16. Jak Tuwim uratował mnie od skandalu
  17. Aleppo

1. Wstęp

„Panie wyzwól mój umysł od niekończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy” /Modlitwa Św. Tomasza z Akwinu/.

Ten cytat zamieściłem dla siebie by z przysłowiowego kłębka wspomnień nie wyciągać za dużo sznurków. Pracowałem na etacie tylko w dwóch zakładach: Polmo Szczecin i Ursus Warszawa. O sprawach technicznych i politycznych nie piszę bo to znane i oklepane tematy. Wspominam ludzi i przygody, które zawsze lubiłem nawet mniej przyjemne. Opisuję oczywiście w skrócie te, które miały miejsce podczas wojny, pracy i wyjazdów prywatnych i służbowych. Przeznaczone jest to głównie dla grona rodzinnego, przyjaciół i dobrych znajomych.

2. Niezapomniana wigilia

Wigilię w 1939 roku spędziłem w szpitalu Dzieciątka Jezus gdzie leżał mój ojciec ranny 24.09.1939 r. na barykadzie przy ul. Opaczewskiej. Była to duża sala ciężkich przypadków.

Co tydzień odwiedzaliśmy z mamą ojca. Po każdej wizycie zamęczałem mamę by powiedziała, że ojciec nie umrze, bo chorych na początku zawsze ubywało.

Mama zapewniała, że nie, ale głosem nieprzekonywującym. Dopiero po kilku tygodniach przestałem pytać bo już sam widziałem, że jest lepiej. Sala była duża, leżało około 20 rannych żołnierzy z całej Polski i rodzin odwiedzających nie było dużo. Ja byłem chyba jedynym dzieckiem wpuszczanym na salę, chyba dlatego, że stan ojca był bardzo ciężki, a później się do mnie wszyscy przyzwyczaili. Obowiązkowo musiałem się ze wszystkimi przywitać, czasami to trwało dłuższy czas i mama była chyba zadowolona, bo mogła z ojcem porozmawiać bez ciekawskich uszu dziecka. Pielęgniarki robiły mi często niespodzianki dając mi miniaturki wozów sanitarnych, skrzynek na leki, narzędzia itp. /były to pomoce dla szkolenia pielęgniarek na czas wojny/. Ojciec miał w lewej nodze przerwany nerw kulszowy, uszkodzone kolano i stopę. Nogę chcieli amputować, ale ojciec uprosił chirurga aby próbowali operować. Chirurg /profesor z Łodzi/ zgodził się na eksperyment zszycia nerwu mimo braku środków znieczulających /jak powiedział prawie na żywca/ i częściowo się udało. Noga nie była sprawna, brak czucia w stopie, ale własna. Konieczne były dodatkowe operacje, bo z gojeniem były duże kłopoty. Leczenie trwało około 9m-cy. Do końca życia ojciec chodził z laską i miał ograniczone czucie, szczególnie w stopie.

W wigilię dzieliłem się opłatkiem ze wszystkimi /mama zadbała o opłatki/ i dziwiłem się dlaczego prawie wszyscy płakali i mocno mnie ściskali. Przy wejściu do szpitala stała warta niemiecka, ale kobiet nie sprawdzali. Przed szpitalem koło kościoła leżał człowiek umierający z głodu i zimna. Ile razy przechodzę ul. Lindleya zawsze przypomina mi się ten widok-ciemno, mróz, padający śnieg i ten człowiek.

3. Dożywianie

W roku 1941 znajoma ojca właścicielka majątku Łuszczewo zaproponowała, że może wziąć jedno dziecko na jakiś czas na tzw. dożywianie - padło na mnie. Prawie przez rok mieszkałem na wsi, chodziłem do szkoły gdzie w jednej sali odbywały się lekcje II i III klasy. Zobaczyłem jak wyglądają czworaki i praca w polu i inne czynności gospodarskie. Chyba mnie polubili, bo wszędzie mogłem chodzić i oglądać co mnie ciekawiło. W tym czasie Niemcy przysłali grupę Żydów do pracy na roli - ustalone były wysokie kontyngenty żywności dla wojska niemieckiego.

Zaprzyjaźniłem się z chłopcem żydowskim w moim wieku i staliśmy się nierozłącznymi kumplami. Zachowywaliśmy się jak szczęśliwe dzieciaki i było nas wszędzie pełno. Jego rodzice, wtedy nie wiedzieliśmy dlaczego, byli niechętni tej znajomości a Moja Pani nie pozwoliła tylko żebym go zaprosił do domu. Prawie wszędzie wchodziliśmy, zrobiliśmy sobie wędki z ogona najpiękniejszego ogiera, sprawdzaliśmy czy byk rzeczywiście nie lubi czerwonego koloru, gąsiora oduczyliśmy od szczypania nas. Kąpaliśmy się w Utracie, łowiliśmy ryby i zwiedzaliśmy okolice. Czasami przynosiłem mu coś z kuchni, kucharka chętnie dawała a Pani udawała, że nie widzi.

Po kilku miesiącach wojna przypomniała o sobie i tych Żydów zabrali do getta. Przez dłuższy czas nie mogłem sobie znaleźć odpowiedzi dlaczego się tak dzieje. Zacząłem bardzo tęsknić do domu mimo, że tu na tamte czasy miałem wyśmienite warunki. Jak dorosłem to miałem jedyną satysfakcję, że może był to najpiękniejszy okres w życiu mego Kompana. Przypomniała mi dość podobna historia ze Szczecina w 1945r. Też kolegowałem się z niemieckimi chłopcami, którzy mieszkali jeszcze po sąsiedzku mimo nieznajomości języka. Dzieci nie mają naturalnych uprzedzeń i oporów w nawiązywaniu kontaktów jeżeli im dorośli tego nie „zaszczepią”.

4. Sąd

Byłem ławnikiem sądowym w Szczecinie na przełomie lat 70-tych i było to pożyteczne doświadczenie życiowe. Uświadomiłem sobie, że na każdą sprawę można spojrzeć jako: sędzia, prokurator, adwokat, ławnik, poszkodowany, oskarżony, świadek, widz, redaktor, czytelnik gazet, widz telewizji. Z wyjątkiem kilku osób nikt nie zna dogłębnie sprawy, ale chętnie wygłaszają swoją „prawdę”. Traktowałem swoją funkcję poważnie i zawsze starałem się przeczytać akta. Niektórym sędziom to się nie podobało, woleli biernych ławników, a jeden był oburzony jak złożyłem zdanie odrębne i wyraził się „przez pana będę musiał pisać uzasadnienie”. Kiedyś w sprawie rozwodowej pewna żona takie niestworzone rzeczy wygadywała, że wszystkich prawie „zamurowało” i wyglądało na to, że kara śmierci powinna grozić za rozwód. W przerwie adwokat podszedł do stołu i powiedział „kobiety są tradycyjnie lepsze od mężczyzn, ale jak się trafi zła to przebije wszystkich”.

Sprawa o gwałt bardzo ohydna, zagłodzenie dziecka przez pijaków - pili a obok umierało w barłogu ich dziecko. Sprawa drobnego złodziejaszka, który na jesieni dokonywał kradzieży aby zimę spędzić w więzieniu.

Perełki:

„Panie sędzio ja mam to szczęście, że alkohol mi szkodzi”.
„Świadek jest zaprogramowany”.
„Czy wyrok w zawieszeniu to kara?”.

5. Pokład-Maszyna

Mieszkający na Pomorzu wiedzą o czym mowa. Chodzi o wieczne antagonizmy pomiędzy tymi co wg. ich mniemania wykonują czarną robotę i tymi co na „górze” mądrzą się i mają lekkie życie. Ja byłem po obu stronach i mogę coś na ten temat powiedzieć. Pracowałem ponad 10 lat bezpośrednio na produkcji i nasłuchałem się narzekań na konstruktorów, technologów, dyrektorów itp. Żadne wyjaśnienia nie miały sensu bo oni wiedzieli i już. Nie znali wiersza Krasickiego na ten temat, że każdy wykonuje inną potrzebną pracę. Po jakimś czasie zostałem Gł. Technologiem i znów słyszałem o tych co pracują na produkcji, niewiele potrafią, nie przestrzegają technologii, oszukują itp.

Wyjaśnienia też nie miały sensu bo oni wiedzieli i już.

W stanie wojennym w zakładzie wprowadzono nocne dyżury na halach produkcyjnych. Przeważnie to były dwie osoby zazwyczaj ktoś z kierownictwa i ktoś z warsztatu. Do obowiązków należało kilkukrotne obejście całej hali i sprawdzenie czy wszystko jest w porządku. Mój partner był brygadzistą z „utrzymania ruchu” i chciał sobie koniecznie pogadać. Zaczął z „grubej rury” na tych co na górze „nic nie robią i pier… w stołki, a robotnicy na nich pracują”. Podawał jakieś przykłady błędnych decyzji itp.

Ja cierpliwie wysłuchałem i poprosiłem żeby teraz mnie wysłuchał. Powiedziałem „w każdej grupie zawodowej zdarzają się różni ludzie: uczciwi, nieuczciwi, leniwi, umiejący się zachować i odbiegający od normalnych zachowań. „Wie pan przecież, że są robotnicy co zanieczyszczają chłodziwa, bo nie chce im się odejść do toalety, podwyższają parametry przez co niszczą narzędzia i powodują braki a jak coś nie wychodzi to zgłaszają awarie, ale o przyczynach awarii nie powiedzą prawdy chociaż sami ją spowodowali”. Nie zaprzeczył.

Aby pracownik miał miejsce pracy to ktoś musiał skonstruować ten traktor, zaprojektować i wybudować hale produkcyjne, dobrać maszynę i narzędzia, zabezpieczyć zasilanie w prąd i w wodę, dokonać odbioru wyrobu, sprzedać, zabezpieczyć serwis i wiele innych rzeczy. Na dyskusję mieliśmy całą noc i jak zeszła z niego „para” to klimat dyskusji się poprawił. Na jego argument, że praca fizyczna niszczy bardziej zdrowie odpowiedziałem, że to prawda, ale pracownik fizyczny idzie do domu i może o pracy zapomnieć a pracownik koncepcyjny często pracuje „cała dobę” myśląc jak rozwiązać problem.

On: „ale mają lżejszą i lepszą pracę”.
Ja: „żeby mieć tę lepszą pracę trzeba zdobyć wykształcenie co wymaga kilkuletniego wysiłku.

W Polsce nauczanie jest dostępne dla wszystkich i każdy ma możliwość skończyć studia jeżeli naprawdę chce.

{Niestety nie całkiem to było prawdą, bo dzieci „wrogów ludu” mieli utrudniony dostęp do niektórych uczelni. Moja żona nie dostała skierowania na medycynę jako córka oficera, który został zamordowany w Katyniu.}

Na mojej uczelni miałem wielu kolegów ze wsi i pochodzących z niezamożnych rodzin, którzy bardzo dobrymi studentami i teraz zajmują stanowiska, które się panu tak nie podobają -każdy mógł próbować”.

Dyskusja się skończyła, zrobiliśmy jeszcze jeden obchód, rozmawiając już o przysłowiowej pogodzie i pożegnaliśmy się w miarę uprzejmie.

6. Reedukacja

Na przełomie lat 50/60 było kilka akcji reedukacyjnych: działaczy partyjnych, wesołych panienek, poprawczaków i niepełnosprawnych /głuchoniemych/ przez zatrudnianie ich bezpośrednio w produkcji. Efekt był mizerny. Po krótkim czasie został jeden działacz partyjny.

Z wesołych panienek też tylko jedna, chociaż trzeba przyznać, że często przyjeżdżały taksówkami do pracy to zachowywały się bez zarzutu /pracowały na lakierni/. Poprawczacy pracowali kilka miesięcy na montażu, ale było z nimi wiele kłopotów, potrafili wkładać śruby w łańcuch napędowy taśmy montażowej motocykli powodując przestoje, a ponadto ich wychowawca został złapany na kradzieży części. Dyrekcja wycofała zgodę na ich zatrudnianie.

Natomiast eksperyment z zatrudnieniem głuchoniemych doskonale się sprawdził. Przygotowaliśmy im wydzielone stanowisko na montażu i pracowali przez kilka lat ku obopólnemu zadowoleniu.

7. Donosy

W trakcie realizacji kontraktu licencyjnego trafił donos do NIK-u z sugestią, że za mało skutecznie egzekwujemy ustalenia w zakresie dokumentacji technologicznej. Dostałem informację z sekretariatu dyrektora, że przyjdzie do mego działu kontroler NIK-u, należy przygotować pomieszczenie i udostępnić konieczne dokumenty oraz udzielić wyjaśnień.

Przyszedł sympatycznie wyglądający pan, ale zachowywał się bardzo formalnie, o żadnej kawie czy herbacie nie było mowy. Na przerwę śniadaniową wychodził do stołówki. Po chyba trzech dniach zaczął pisać protokół, w którym nie wnosił żadnych zastrzeżeń i już skorzystał z kawy i ciasteczek. Nawiązała się przyjemna rozmowa i zapytałem go jak to jest z anonimami bo oficjalnie mówi się, że powinny trafiać do kosza. Szczerze się uśmiechnął i powiedział, że bez donosów działalność NIK-u byłaby bardzo ograniczona. Powiedział, że zdarzyło się kiedyś, że przyszło doniesienie podpisane o nadużyciach w pewnym zakładzie. Po kontroli okazało się, że dyrektora trzeba było wyrzucić i kilka osób ukarać.

Jednak pani inżynier, która odważnie i imiennie to ujawniła nie mogła znaleźć pracy w całej okolicy. Dziwi się pan?

8. Prawa należy przestrzegać?

Kiedy byłem kierownikiem montażu motocykli Junak zawsze były problemy z brakiem części co powodowało częste postoje, a plan trzeba było wykonać i pod koniec miesiąca nerwowa gonitwa. Tak działo się w wielu zakładach w Polsce. Nie było alternatywnych dostawców, plany „narzucano” bez rzetelnej analizy możliwości produkcyjnych, a przy tym brakowało surowców. Zaopatrzeniowcy mieli trudną pracę i stosowali przeróżne zabiegi by przypodobać się dostawcom i wozili dowody wdzięczności w postaci części motocyklowych.

Czasy się zmieniły i teraz dostawcy przywożą dowody wdzięczności.

Konieczna była dłuższa praca ponad 8 godzin /soboty były pracujące-6 godzin/ i czasami w niedziele. Nadgodzin oficjalnie nie wolno było stosować, bo to świadczyło o złej organizacji pracy i z tego Zjednoczenie rozliczało, czasami obniżało premię. Trzeba było dokonywać różnych „wygibasów” żeby ludzi zmobilizować i dać jakiś ekwiwalent nie zawsze zgodny z prawem. W pierwsze dni miesiąca zazwyczaj pracownicy dostawali wolne dni.

W pewnym okresie płatnikami byli kierownicy i mistrzowie. Kiedyś przyszły do mnie z prośbą dwie żony aby zarobki mężów im wypłacać, bo czasami tych pieniędzy nie widzą. Mimo, że to było niezgodne z prawem na próbę się zgodziłem. Były one moimi dawnymi pracownicami. Mężowie strasznie się oburzyli, ale ja im powiedziałem, że mogą złożyć skargę. Zaproponowałem żeby najpierw przyszli z żonami i przy mnie uzgodnili komu mam wypłacać.

Nie przyszli i skargi nie złożyli, ale po jakimś czasie dworowali sobie ze mnie, że boje się bab.

9. Aleksander Iwanowski

Pan Aleksander był inżynierem spawalnikiem na emeryturze i pracował jako płatnik i zaopatrzeniowiec artykułów technicznych. Pochodził ze wschodu, był kpt. armii radzieckiej, czołgistą i brał udział w bitwie pod Kurskiem. Był komunistą jak o sobie mówił i wierzył w etos partii. Partyjni go nie lubili, bo wytykał im, że robią zebrania w godzinach pracy. Stosunki przyjazne zawarliśmy w dziwny sposób, żartowałem, że przez pieniądze. Kiedyś przyszedł, położył 200zł i powiedział to twoje, zostało mnie po wypłacie a tylko ty jeden nie liczysz pieniędzy. Powiedział: jestem kapitanem a ty podporucznikiem to powinniśmy mówić sobie po imieniu i tak zostało mimo dużej różnicy wieku. Czytał Trybunę i Prawdę.

Zapytałem go czy czyta wszystko dokładnie - uśmiechnął się i odpowiedział, że często tylko tytuły. Kilkukrotnie próbowałem go wypytać o Kursk, nie chciał nic mówić poza tym, że była to straszna rzeź. Przypomniałem sobie ciocię żony, która po Powstaniu Warszawskim była więźniem Ravensbruck i ona też nie chciała nic mówić. Powiedziała tylko, że nie wyobrażacie sobie jak ludzie się zachowują jak walczą o życie. Ludzie, którzy przeżyli wielką traumę psychicznie się blokują. Ciocia przez jakiś czas chowała chleb pod poduszką mimo, że już miała co jeść.

Aleksander podupadł na zdrowiu i poprosił przez sąsiada abym odwiedził go w domu podczas choroby. Mieszkał w kawalerce skromnie umeblowanej, a głównym meblem było pianino. Wyciągnął koniak /oczywiście radziecki/ i zaproponował, że mi coś zagra. Był muzycznie uzdolniony i kiedyś grał w orkiestrze. Grał piękne melodie rosyjskie i trochę śpiewał - było to naprawdę dla mnie wyjątkowe przeżycie. Wypiliśmy po małym koniaczku i ustaliliśmy, że resztę wypijemy następnym razem, ale następnego razu już nie było bo poszedł do szpitala i nie wrócił. Odwiedziłem go dwa razy w szpitalu, przyniosłem mu Trybunę i Prawdę a on skomentował: wiedziałem, że przyniesiesz te gazety chociaż ich nie lubisz.

Następnym razem porozumiewaliśmy się tylko wzrokiem. Na pogrzebie go żegnałem mimo, że nie był moim pracownikiem. Nie było to łatwe - trudno się żegna kogoś bliskiego.

10. Sport

Sport w moim domu był obecny od zawsze. Ojciec był kiedyś członkiem Sokoła, grał też nieźle w tenisa i był miłośnikiem /dziś mówi się fanem/ zapasów. Teodor Stecker mistrz świata był dobrym znajomym ojca i zapraszał na swoje walki, które odbywały w cyrku Staniewskich na Dynasach. Mam książkę Steckera z dedykacją: „Dla miłośnika zapasów Franciszka Szczerbińskiego”. Z ojca byłem zawsze dumny więc przejąłem jego pasję i uprawiałem zapasy i gimnastykę. W domu miałem sztangę do podnoszenia, drążek w korytarzu i kółka w futrynie drzwi. W zapasach różnie mi się wiodło, byłem zawsze w pierwszym składzie drużyny tak jak i Rysio Zambrzycki, z którym studiowaliśmy na Politechnice.

Do mistrzostw Polski w Piotrowicach przygotowywałem się bardzo starannie, ale pechowo trafiłem na mistrza i v-ce mistrza i przegrałem, ale się mocno namęczyli. Trener Szajewski był zadowolony z mojej postawy - ja mniej. Niestety jakiś czas później doznałem kontuzji kolana i z dużym żalem musiałem z zapasów zrezygnować. W gimnastykę byłem zaangażowany ponad 20 lat. Byłem zawodnikiem, trenerem, sędzią i na końcu prezesem OZG Szczecin /Okręgowy Związek Gimnastyczny/. Na początku lat 70-tych musiałem ograniczyć swoją działalność ze względu na obowiązki zawodowe.

Znaczącym osiągnięciem było zdobycie Mistrzostwa Polski Juniorów w 1952 r. Przez dłuższy czas występowałem w ogólnopolskiej reprezentacji „Spójni” w zawodach międzyklubowych i mistrzostwach Polski. Mam satysfakcję, że do sportu zachęciłem wielu kolegów ze szkoły średniej i studiów.

11. Celnicy

Śmiałem się nie raz, że celnicy mnie lubią, bo bardzo często dokładnie mnie kontrolowali. Dziwiłem się temu, bo nigdy nie przewoziłem nic niedozwolonego i prawdopodobnie w moich oczach nie było widać lęku i to wydawało się podejrzane. Doświadczeni celnicy powinni czytać z oczu i mowy ciała. Kiedyś było w modzie przewożenie pornografii, a ja przewoziłem dużo dokumentacji technicznej. Celnik nie uwierzył, że nic nie mam i wertował kartkę po kartce. Powiedziałem mu, że traci czas, ale podziałało to odwrotnie. Na koniec powiedziałem mu trochę złośliwie, że celnicy powinni mieć intuicję i złożyłem mu życzenia świąteczne, bo to było tuż przed Wielkanocą.

Kiedyś na granicy kolejowej z ZSRR celnik szukał u mnie złota [pytał gdzie masz kalco]. Rozłożyłem ręce i powiedziałem, że nie mam. Po dokładnym przeszukaniu mego bagażu i pokazaniu co mam w kieszeniach tak się zdenerwował, że innych sprawdził już pobieżnie. Jeden z pasażerów później powiedział, że gdybym wiedział, że pan nic nie ma to bym dał panu jeden pierścionek i nie było by problemu. Jeden pierścionek można było przewieźć. Był jeden wyjątek. W stanie wojennym byliśmy w kilkudniowej delegacji w Martinie na Słowacji. Diety były wyjątkowo duże, ale przez granicę nie wolno było nic przewozić i problem co zrobić z tymi koronami. Przepić się nie dało, mimo, że próbowaliśmy.

Kupiłem buty, kanister na benzynę i dużą kiełbasę [w rodzaju krakowskiej]. Na granicy wszedł celnik o groźnym wyglądzie i zaczął kontrolę ode mnie, trzymając mój paszport w ręce zapytał co przewożę. Odpowiedziałem, że wracamy z delegacji służbowej z Martina i przewożę buty dla córki, kanister i kiełbasę. Chwilę pomyślał i stwierdził: tego nie wolno przewozić i oddał mi paszport. Kolegów potraktował podobnie. Nie raz opowiadałem ten przypadek, że w każdej sytuacji jest margines na zdrowy rozsądek.

Jakimi byliśmy przemytnikami?

12. Podróże kolejami

Jechałem do Olsztyna na kurs oficerów rezerwy [po studiach] i koło Koszalina wydarzyła się katastrofa. Nasz pociąg najechał na pociąg towarowy, który z jakiegoś powodu zatrzymał się na torach. Poczuliśmy nagle, że pociąg mocno hamuje i nastąpił ogromny huk i kompletna cisza. Dopiero po jakiejś chwili rozległy się krzyki. Ludzie poprzewracali się na korytarzu, walizki pospadały z półek i ci, którzy jechali tyłem do ruchu pociągu najbardziej ucierpieli.

Mnie walizka spadła płaską stroną na głowę i nie była ciężka. Sąsiad doznał złamania nosa, trafiła go kantem ciężka walizka. Pomoc przybyła szybko i na szczęście poważnych kontuzji było nie dużo. Podobno wystąpienie tej przeraźliwej ciszy ma miejsce prawie zawsze przy nagłych wypadkach.

Cicha rozmowa.

Jechaliśmy pociągiem z targów w Brnie. Do przedziału dosiadło się trzech Czechów. Koło mnie usiadł starszy pan [wtedy dla mnie był starszy] i zaczął rozmowę po polsku, ale prawie szeptem. Zapytałem skąd zna tak dobrze polski język. Powiedział, że jego matka była Polką i pochodziła z Cieszyna. Przez zmiany granic najpierw mieszkał w Czechach i był uważany za Polaka, później mieszkał w Polsce i był uważany za Czecha - zawsze był obywatelem drugiej kategorii.

Po aneksji Czechosłowacji przez Niemcy ojciec był zmuszony do zdeklarowania się jako obywatel niemiecki, bo inaczej nie mógł dostać pracy a miał do wykarmienia cztery osoby. Mój rozmówca jako obywatel niemiecki został wzięty do wojska i był traktowany jako żołnierz drugiej kategorii. Walczył w Sewastopolu przy obsłudze reflektorów przeciwlotniczych. Przy planowanym wycofaniu się Niemców oddelegowano go do przewożenia rannych na statek sanitarny. Przy kolejnym silnym ataku nie mógł zejść na ląd,a statek pospiesznie odpłynął i tak znalazł się we Francji. Tam go oskarżyli o dezercję, ale po dochodzeniu odstąpiono od oskarżenia. Następnie dostał się do niewoli amerykańskiej. Po kapitulacji Niemiec wrócił do Czechosłowacji, gdzie znów go nękano za udział w armii niemieckiej. Zdesperowany chciał się zapisać do partii, aby dostać jakąś lepszą pracę, ale go nie przyjęli za podejrzaną przeszłość.

Rozmowę zakończył pytaniem: „czym ja zawiniłem, że urodziłem się w niewłaściwym miejscu, złym czasie i byłem zawsze obywatelem drugiej kategorii”.

Po tym wyznaniu widać było wyraźnie, że miał potrzebę podzielenia się z kimś swoją skomplikowaną historią życia

13. Podróże lotnicze.

  1. Fruwające cukierki.
    W latach 60/70 przed startem i lądowaniem stewardesy roznosiły cukierki, których ssanie łagodziło zmiany ciśnienia [czasami odczuwało się ból uszu]. W czasie lotu IŁ-18 kapitan ogłosił, że wchodzimy w strefę silnej turbulencji i należy zapiąć pasy. Gdy powtórzył meldunek, stewardesa roznosząca cukierki i sprawdzająca zapięcie pasów usiadła obok mnie na wolnym miejscu i zapięła pasy mocno przytrzymując tacę na kolanach. Samolot wpadł w dużą „dziurę” i nagle zobaczyłem fruwające cukierki aż do sufitu [w rzeczywistości taca uciekła spod cukierków]. Był to widok surrealistyczny.
  2. Naprawa silnika.
    W Nowym Yorku nasz samolot IŁ-62 stał blisko sali odlotowej. Obserwowaliśmy jak mechanik z kapitanem dokonywali jakiś napraw silnika. Trwało to około godziny. Koledzy się denerwowali, a ja ich uspakajałem twierdząc, że jak to robią członkowie naszej załogi to nie ma się czego bać. Teraz po dwóch katastrofach tych samolotów nie był bym takim optymistą.
  3. Spóźnienia.
    Na lotnisku w Birmingham samolot był przygotowany do startu, silniki włączono na pełne obroty i nagle wyłączono silniki i oznajmiono, że samolot nie odleci. Przewieziono nas autobusem do Londynu, ale samolot LOT-u już odleciał. W informacji powiedziano mi, że linia która zawiniła ma obowiązek zapewnić nocleg, posiłek i w porozumieniu z pasażerem przebukować bilet. Spałem w hotelu przy lotnisku z którego pięknie widać było płytę lotniska i ruch samolotów. Następnego dnia „lotem łamanym” z przesiadką we Frankfurcie doleciałem do Warszawy.

    Przy powrocie z delegacji do USA mieliśmy zarezerwowany bilet z lotniska Kennediego do Londynu a następnie LOT-em do Warszawy. Miejscowy samolot do Nowego Yorku z jakiś powodów musiał wylądować na innym lotnisku [La Guardia], ale zapewniono nas, że przewiozą nas na właściwe lotnisko. Byliśmy pełni niepokoju czy zdążymy, ale spotkała nas niezwykle miła niespodzianka. Grupą pasażerów [około15 osób] zaopiekował się pracownik lotniska i doprowadził nas do helikoptera którym przelecieliśmy nad Nowym Yorkiem do lotniska Kennediego. Widoki niesamowite - polubiłem spóźnienia.

    W Londynie mieliśmy kilku godzinną przerwę. Leciał z nami sympatyczny młody ksiądz, któremu zaproponowałem zwiedzenie ekumenicznej kaplicy na lotnisku. Kaplica jest duża, bez okien, przypominająca katakumby. Ksiądz poprosił żebym zapytał czy może odprawić mszę. Okazało się to możliwe, a zarządzający kaplicą zapytał w jakim obrządku i obiecał przygotować ołtarz w ciągu 20 minut. Mszał był niestety tylko w języku angielskim, ale księdzu to nie przeszkadzało, bo znał na pamięć. Nastrój był niezwykły, było nas kilka osób i wszyscy byli zadowoleni.
  4. Wyjątkowy lot.
    Mój pracownik [znający dobrze angielski] został oddelegowany do ekipy Ursusa w Coventry, która koordynowała realizację licencji Massey - Ferguson. Kiedyś zwrócił się do mnie z prośbą czy mógłbym pomóc jego żonie podczas lotu do Londynu, ponieważ bardzo się boi latać samolotem. Spotkaliśmy się na lotnisku, pani okazała się bardzo sympatyczną i atrakcyjną osobą. Sprawa była rzeczywiście bardzo poważna, bo całą drogę spędziłem w objęciach naprawdę przerażonej pani. Podróżni dziwnie na nas patrzyli i chyba myśleli, że jesteśmy bardzo zakochani lub w podróży poślubnej. Kolega bardzo mi dziękował, a ja miałem ochotę powiedzieć, że cała przyjemność po mojej stronie.
  5. Znieczulenie
    Sąsiadka w samolocie znieczulała się winem [leciałem z żoną do Londynu]. Kolejnej buteleczki nie mogła już otworzyć i poprosiła mnie o pomoc. Pan zapewne się dziwi powiedziała, ale bardzo się boję, a muszę latać bo pracuję w firmie importującej rowery z Chin. Kiedyś przeżyłam zdarzenie, kiedy samolot wpadł w „dziurę”, zaczął spadać, wypadły maski, zgasły światła i powstała panika. Pilot w końcu opanował maszynę i wylądowaliśmy szczęśliwie, ale od tamtego czasu nie potrafię na trzeźwo latać.

14. Zwiedzanie/Przygody

Tego co umiesz i tego co widziałeś nikt i nic ci nie odbierze. Zawsze lubiłem niespodziewane przygody, zwiedzanie miejsc ciekawych, mniej ciekawych ale zawsze nowych. Przygody też mnie „lubiły”, a los pomagał. Los pomagał w takim sensie, że miałem prace, które wymagały kontaktów z ludźmi z różnych krajów [znajomość angielskiego była przydatna] i najbliższa rodzina podzielała moje zainteresowania i brała w tym czynny udział. Miałem szczęście do dobrych przewodników amatorów, którzy niektóre miejsca zwiedzali ze mną pierwszy raz.

Byli to:

  • w Londynie mój starszy kolega z dzieciństwa, który był na robotach w Niemczech, potem w polskiej armii i został w Anglii.
  • w Nowym Yorku kuzyn mojej znajomej mieszkający od wojny w USA.
  • w Moskwie zaprzyjaźniony pracownik Zjednoczenia pan Jasio który mi podpowiadał co warto i można zwiedzić w wolnym czasie podczas delegacji w sprawie zakupu maszyn.
  • w Szwecji mąż [pracownik naukowy uniwersytetu] młodej znajomej, która jakiś czas mieszkała u nas i przygotowywałem ją do egzaminu na studia.
  • w Indiach bardzo sympatyczny pracownik konsulatu, który wziął sobie do serca moje poza zawodowe zainteresowania, zorganizował objazd samochodem Bombaju i podpowiadał co warto zobaczyć w wolnym czasie.
  • w USA podczas odbioru maszyn w firmie Ingersoll pan Tadeusz [stara emigracja] i jego znajomi organizowali nam wolny czas.
  • w Ziemi Świętej ksiądz Tadeusz pracujący w Niemczech i będący kolejny raz na pielgrzymce oprowadzał nas poza oficjalnym programem po ciekawych miejscach w Jerozolimie.

Wizyta w Świątyni Grobu Pańskiego tuż przed zamknięciem i prawie pustej była niesamowitym przeżyciem. W Polsce ksiądz Wenancjusz, kolega z klasy z którym zwiedziliśmy wiele kościołów i klasztorów na Kaszubach, Mazurach i Bieszczadach. Znajomy zakonnik ksiądz Mieczysław, u którego się zatrzymywaliśmy się w klasztorze Karczówka, pokazał nam Ziemię Kielecką. Oczywiści wkład własny to przewodniki, encyklopedie i książki. Internet dopiero wtedy raczkował.

Kilka miejsc i zdarzeń, które mocno utkwiły mi w pamięci:

  • Lot helikopterem nad Nowym Yorkiem.
  • Empire State Building, Sears Tower Chicago, Statue of Liberty.
  • Zwiedzenie oryginalnej łodzi podwodnej U-Boot w muzeum w Chicago.
  • Panoramy: Borodino, Waterloo i nasza Racławicka.
  • Statek 250 tysięcznik w stoczni w Puli.
  • Uppsala: Uniwersytet - cyklotron, Instytut Linneusza, słynna sala sekcyjna dla studentów    medycyny.
  • Sztokholm: miasto, sala nagrody Nobla, muzeum morskie.
  • Moskwa: Kreml [Car Puszka, Car Kołokoł i cerkwie], galeria Tretiakowska.
  • Mississippi z rozlewiskami koło Rockford.
  • Szczyt Aquille Du Midi w Alpach 3842 m.
  • Muzeum wojny w Londynie.
  • Muzeum lotnictwa pod Londynem, rakiety V I i V 2, zwiedzenie bombowca Halifax.
  • Petra w Jordanii.

15. Ciekawostki

  • Kiedyś powiedziałem w domu podniesionym głosem: rozwiodę się i będę miał nareszcie święty spokój. Na to mała wtedy córka zdecydowanym głosem wykrzyczała: nie możecie się rozwieść, bo nie będę wiedziała z kim zostać. Długo się zastanawiam, a czas leci i stuknęła nam 55 rocznica ślubu.
  • Ktoś zapytał, czy lubiłem się bawić w wojnę. Nie, nie lubiłem, nigdy się nie bawiłem, bo miałem ją na wyciągnięcie ręki.
  • Ilustrację określenia „local knowlegde” [wiedza miejscowa] miałem na dworcu kolejowym w Sztokholmie, gdzie ptaki hałaśliwie czekały na przyjeżdżające pociągi i rzucały się na lokomotywy dziobiąc zabite owady.
  • W okresie konfliktu z IRA w Anglii w hotelu w środku nocy ogłoszono głośny alarm. Obsługa mocno „waliła” do drzwi i nawoływała do natychmiastowego zejścia do recepcji. My do tego nie przyzwyczajeni ubraliśmy się. Anglicy wyskoczyli z łóżek w strojach nocnych. Widok był „interesujący” - szczególnie panie miały ciekawe stroje.
  • Spotkanego Egipcjanina zapytałem jak to jest z tym wielożeństwem. Wyjaśnił, że jest to zwyczaj z dawnych czasów, kiedy mężczyźni masowo ginęli w wojnach, a naród nie mógł wyginąć. Nie wyjaśnia to istnienia haremów, ale o to już nie zapytałem.
  • Po zakupieniu licencji na ciągnik Massey Ferguson dziennikarzy interesowały tylko cale [angielski system miar]. Bardzo się dziwili, że w Polsce cale funkcjonują: gwoździe, łańcuchy, armatura hydrauliczna i gazowa oraz do niedawna deski i cegły były określane w calach.
  • Metro w Nowym Yorku posiada dwa tory w jednym kierunku, dla linii pospiesznej i zwykłej. Pospieszne zatrzymują się co kilka przystanków.
  • W USA przy dojeździe do większych miejscowości droga się rozwidla i prowadząca przez miasto jest dodatkowo oznaczona literą A. [np. droga 1 i miejska 1A].
  • Pan Tadeusz [nasz opiekun] zaprosił nas na piknik. Uprzedził, że będzie rodowity Indianin kolega syna i żeby tego tematu nie poruszać. Po kilku drinkach sam gospodarz temat poruszył, mówiąc, że kto nie wypije toastu to on Indianin go oskalpuje. Indianin miał poczucie humoru i się roześmiał. Przy okazji warto wspomnieć, że tylu świetlików [robaczków świętojańskich] nigdy nie widziałem - coś pięknego.
  • W Ursusie po wypadkach w 1976 roku zarządzono zmianę przepustek w celu ułatwienia identyfikacji pracowników ze zdjęć robionych przez „służby” podczas demonstracji lub strajku. Zdjęcia były wykonywane w dziale kadr z tabliczką na piersiach z numerem marki [ja miałem numer 21279]. Oryginał zostawał w kadrach, a zdjęcie z odciętym numerem wykorzystano do nowych przepustek [skojarzenia były okropne].
  • Bardzo dawno temu w radiu nadawano cykl audycji o kulturze starożytnej Grecji. Utkwiło mi w pamięci motto: „Jak piękny jest człowiek gdy jest człowiekiem”.
  • Zostaliśmy zaproszeni z żoną na 70-lecie kolegi z Londynu. Spotkaliśmy tam kombatantów: jeden był nawigatorem i bombardował Szczecin i pani ze Służby Cywilnej w czasie bombardowania Londynu. Wyjątkowo sympatyczni ludzie, ale przy tej okazji nie wypadało pytać o przeżycia wojenne, czego bardzo żałowałem. Był też tam Polak, który około 50 lat nie używał języka polskiego i zupełnie go zapomniał. Umiejętności nie używane zanikają.
  • W 1951 roku zdarzyło mi się przez dobę siedzieć w więzieniu WOP. Wybraliśmy się z kolegą kajakiem na wycieczkę po Odrze. Po dopłynięciu do jeziora Dąbskiego wopista pod groźbą użycia broni doprowadził nas do strażnicy, gdzie nas zamknięto w celi pod zarzutem ucieczki za granicę. Tylko wopista mógł sobie wyobrazić jak z jeziora Dąbskiego można uciec z Polski [nie mieliśmy przy sobie żadnych dokumentów]. Na drugi dzień osobno nas przesłuchiwano. Ja podpisałem protokół z wyjaśnieniem, że nie miałem zamiaru uciekać z Polski. Nie wiadomo jak by się to skończyło, ale ojciec kolegi był celnikiem. Ja zostałem jako zakładnik, a kolega pojechał po dokumenty. Ojciec kolegi zadziałał i po południu nas wypuszczono, bardzo „zmarnowanych”. Jak dojeżdżam samochodem do Szczecina to przy Basenie Górniczym widzę „domek” w którym siedziałem.

16. Jak Tuwim uratował mnie od skandalu.

Dostaliśmy przydział na jedno mieszkanie w bloku na Ursynowie. Przydział mieszkania w tamtym czasie było dużym wyróżnieniem. Pracował u nas niezbyt długo jako tłumacz młody inżynier znający język niemiecki i angielski. Kierownik działu bardzo go chwalił i „urabiał” opinię związkowców i działaczy partyjnych aby on został wytypowany. Ja miałem pewne wątpliwości, coś mi się w nim nie podobało, ale były to tylko przeczucia. Uległem i podpisałem wniosek. I stało się, 2 tygodnie po otrzymaniu kluczy złożył on podanie o zwolnienie z pracy motywując to dalekim dojazdem. Wzburzony wezwałem go na rozmowę, a on bezczelnie podtrzymywał swoją motywację.

Na szczęście przypomniałem sobie powiedzenie Tuwima, że „Jak nie wiesz jak się zachować, to zachowaj się przyzwoicie” i dlatego nie wyrżnąłem go w pysk! Wyzwałem go jednak okrutnie, a przypomniałem sobie słownik z warsztatu i Turzyna [dzielnica Szczecina o nienajlepszej sławie]. Sekretarka na drugi dzień powiedziała, że myślałam, że pan tylko grzecznie rozmawia z ludźmi, ale miał pan rację.

17. Aleppo

Niby nic nie łączy mnie z Aleppo poza współczuciem dla ofiar i oburzeniem dla mocarstw, które nie chcą pomóc w zakończeniu konfliktu, a jednak tak nie jest. W latach 70-tych mieliśmy na praktyce studenta z Aleppo. Chłopak był sympatyczny, podobał się wszystkim. Przy pożegnaniu poprosiłem go by mi przysłał przewodnik turystyczny po Aleppo. Po jakimś czasie dostałem przesyłkę z ciekawym przewodnikiem na adres: Mr Zdzislaw, Polmo Szczecin Poland. Dzisiaj jest to już dla mnie pamiątka historyczna.

 

Czytany 285 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 16 lutego 2017 14:47
Więcej w tej kategorii: « Wniosek racjonalizatorski
Zaloguj się, by skomentować