czwartek, 21 marca 2013 00:00

Rysiek Ochwat i jego życie

Napisane przez Rysiek Ochwat

Urodziłem się w 1928 roku w maju w Lidzie województwo nowogródzkie. Ojciec Andrzej od 1918 roku był zawodowym wojskowym w 77pp (Kowieńskim). Z Mamą Weroniką z domu Mieczkowską, bratem Stanisławem (urodzonym w 1923roku) i siostrą Reginą (ur. w 1925 roku) – mieszkaliśmy w blokach przy koszarach.

Pod koniec sierpnia pamiętnego 1939 roku 77pp został skierowany bliżej granicy z Niemcami. W końcowych dniach września, po bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, Ojciec został wzięty do niewoli niemieckiej i przebywał w obozie jenieckim pod Magdeburgiem.

Lidę - po 17 września- zajęli Sowieci. Natychmiast zostaliśmy wypędzeni z naszego mieszkania i rozpoczęliśmy tułaczkę. Później byliśmy wypędzani z kilku kolejnych miejsc. Do czerwca 1939 roku chodziłem do polskiej szkoły w Lidzie i ukończyłem pięć klas Szkoły Powszechnej.

Po wkroczeniu Rosjan powtórnie poszedłem do piątej klasy, ponieważ władze sowieckie cofnęły wszystkich o jeden rok. Teraz uczęszczałem do szkoły z językiem wykładowym rosyjskim. W tej szkole ukończyłem piątą i szóstą klasę. Matka, brat i siostra w tym czasie pracowali w charakterze robotników.

Rosjanie od chwili wkroczenia na ziemie polskie rozpoczęli masowe aresztowania, szczególnie wśród ludności polskiej. Całymi rodzinami wywozili Polaków na Sybir lub do Kazachstanu. My również oczekiwaliśmy jak wielu naszych rodaków na swoją kolej. Stało się jednak inaczej. Dla nas szczęśliwie w szczególnym okresie masowych aresztowań. W czerwcu wybucha wojna pomiędzy Związkiem Radzieckim, a Niemcami. Wojska sowieckie w popłochu opuściły Lidę i w bezładzie uciekły na wschód.

Ludność polska w tym czasie rozbiła więzienia i uwolniła więźniów. W ten sposób został uwolniony mój ojciec chrzestny, którego Rosjanie dla „dobra" śledztwa przywieźli z powrotem z Moskwy do Lidy. W niedługim czasie, po ucieczce z obozu jenieckiego, powrócił nasz Ojciec. W moim mniemaniu okupacja niemiecka na początku wojny była dużo lżejsza od sowieckiej.

Ojciec, brat i siostra pracowali w różnych zakładach pracy. Mama zajmowała się domem, a ja jeszcze przez rok chodziłem do szkoły, ale już z językiem wykładowym polskim. Zaraz po ukończeniu siódmej klasy rozpocząłem pracę w warsztatach kolejowych-jako pomocnik kowala. Niemcy nie byli w stanie dopilnować wszystkiego tak jak to robili Sowieci. Dawało to możliwość pewnego kombinowania i przez to życie było lżejsze.

W początkach 1943 roku Ojciec mój podjął działalność konspiracyjną, a następnie wstąpił do oddziałów partyzanckich AK. Brat także rozpoczął działalność w konspiracji w samej Lidzie. Z uwagi na młody wiek (ku mojemu wielkiemu żalowi) nie chcieli mnie przyjąć do żadnej grupy konspiracyjnej. Dlatego wraz kolegą w podobnym wieku Fredkiem Ryndo postanowiliśmy, że sami znajdziemy jakiś sposób, aby zaciągnąć się do partyzantki. Z polskich organizacji podziemnych na naszych terenach działała wyłącznie AK . Niestety, ku naszemu utrapieniu, na tym terenie działało wiele band bolszewickich. Nazywaliśmy ich bandami, bo były to oddziały składające się z żołnierzy radzieckich, którym dzięki okolicznym puszczom w pierwszych dniach wojny udało się uniknąć niewoli niemieckiej. Odziały te unikały walk z Niemcami, a jednocześnie rabowały i mordowały mieszkańców okolicznych wsi, uważając ich za zagorzałych patriotów polskich. Z powodu działalności tych bandyckich oddziałów, na wsiach, na długo przed powstaniem partyzantki AK, organizowały się oddziały Samoobrony, które później były zalążkiem konspiracji.

W styczniu 1944roku obaj z Fredkiem wskoczyliśmy na stopnie pociągu towarowego, który jechał w kierunku Wołkowyska. Po kilkunastu kilometrach wyskoczyliśmy w zalesionym terenie licząc na to, że kiedy będziemy się przedzierać przez las, natkniemy się na naszych partyzantów. Szliśmy około godziny i nie napotkaliśmy żywej duszy. Zaczęliśmy wątpić czy kiedykolwiek kogoś spotkamy? Najbardziej nie życzyliśmy sobie spotkania z bandą, jak nazywaliśmy partyzantów sowieckich. Nagle zostaliśmy zatrzymani przez patrol AK i długo musieliśmy wyjaśniać naszą obecność w lesie i nasze zamiary wstąpienia do konspiracji. Partyzancki patrol zaprowadził nas do folwarku w Dzitrykach, gdzie poddano nas szczegółowemu przesłuchaniu. Dopiero po szczegółowym przepytaniu wyrażono zgodę na przyjęcie do Oddziału. Na początek polecono nam wybrać pseudonimy, które dawały nam możliwość operowania w konspiracji. Jednocześnie pouczono, że nie możemy wybierać pseudonimów takich jak Orzeł lub Lew, bo takich jak my: lwów i orłów mają na kopy, a poza tym pseudonimy te są już zajęte.

Ja przyjąłem pseudonim- „Płotka", a mój kolega Fredek, pseudonim - „Królik".

Okazało się później, że takich jak my- gołowąsów, którzy niedawno zgłosili się do Armii Krajowej było w lesie znacznie więcej. Po pewnym czasie rozpoczęto nas szkolić. Była musztra, obchodzenie się z bronią strzelecką, pełnienie służby wartowniczej, marsz z ubezpieczeniem, czołganie się, okopywanie, poruszanie się w natarciu lub podczas obrony. Szkolono nas również w innych dziedzinach przydatnych partyzantowi. W marcu zaproponowano nam wybór zadań specjalnych z jednoczesnym nowym szkoleniem. Królik" wybrał grupę gońców w sztabie dowódcy naszego batalionu. Batalionem dowodził ppor. Czesław Zajączkowski -„Ragner". Ja natomiast zgłosiłem się na kurs obsługi CKM i moździerzy. Kurs prowadził przybyły z Kielecczyzny jeden z pierwszych cichociemnych, skoczek z Anglii por. Jan Piwnik „Ponury", poprzedni dowódca zgrupowań partyzanckich AK w Górach Świętokrzyskich. Doskonałą książkę o jego działalności pt. „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie" napisał Cezary Chlebowski.

Kurs był prowadzony w okolicach Hołdowa. Było to szkolenie ciekawe i intensywne, i dotyczyło nie tylko sposobu strzelania i obsługi CKM, ale również taktyki. Bardzo się kiedyś ucieszyłem, że podczas jednej z moich nocnych wart zatrzymał się przy mnie por. „Ponury" i dość długo mogłem z nim rozmawiać.

Po ukończeniu kursu wróciłem do swojego batalionu i zostałem skierowany do kompanii CKM i broni ciężkiej, czyli moździerzy, dowodzonej przez por. Włodzimierza Citowickiego „Mewa". Od tego czasu, jako pełnoprawny konspirant, brałem udział w akcjach przeciwko Niemcom. Częściej jednak przeciwko bandom sowieckim. Jak się później okazało, partyzantka sowiecka miała wyraźny rozkaz od swoich władz, aby energicznie zwalczać polskie oddziały partyzanckie AK, rozbrajać je, a w razie oporu rozstrzeliwać wziętych do niewoli partyzantów polskich. Dlatego obrona i walka z partyzantką radziecką była koniecznością.

Nasz teren, po prawej stronie Niemna, udało się nam oczyścić z band bolszewickich. Natomiast lewa strona Niemna była nadal w ich rękach i stale wrogie oddziały nam zagrażały. Do głównych zadań partyzantki AK terenu nowogródzkiego 77pp (teraz Lidzkiego) AK, była obrona położonego nad Niemnem miasteczka Bielica. Mieliśmy obowiązek chronić miasto przed atakami partyzantki sowieckiej, przed Niemcami i przed RON (Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa, którą Niemcy później przemianowali na 29 Dywizję Grenadierów SS).

Walce 77pp Armii Krajowej z najeźdźcą, kolaborantami i NKWD Cezary Chlebowski w swojej książce pt „Reportaż z tamtych dni" poświęcił pokaźną część dzieła pt "Nad Niemnem".

W miasteczku Bielicy znajdowały się dwa szpitale Zgrupowania Nadniemeńskiego obejmujące trzy bataliony. Dowódcą Zgrupowania był mjr Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz". W 1939 roku był on zastępcą majora Hubala. Po śmierci Hubala przedarł się do Anglii, gdzie skierował prośbę do gen. Władysława Sikorskiego o pomoc partyzantce AK w Polsce. Wkrótce od generała i jednocześnie Wodza Naczelnego i premiera uzyskał zgodę na przygotowywanie tak zwanych cichociemnych, którzy następnie byli przerzucani do Polski. W niedalekiej przyszłości sam twórca cichociemnych mjr „Kotwicz" w ten sam sposób trafił do Polski, czyli został zrzucony na spadochronie.

Będąc w partyzantce przeżyłem szczęśliwe chwile w maju 1944 roku. Udało mi się spotkać z ojcem o pseudonimie „Zając". Był dowódcą 3 kompanii naszego batalionu. Następnie podczas jednego z przemarszów naszego Oddziału napotkaliśmy Oddział z II batalionu, w którym służył mój brat Stanisław o pseudonimie „Bąk".

W początkach lipca 1944r. w ramach akcji „Burza" skierowano mój batalion, który liczył ponad 1000 żołnierzy, na Wilno. Po drodze prowadziliśmy potyczki bojowe z wojskami niemieckimi. W czasie jednego z postojów w drodze do Puszczy Rudnickiej por. „Ragner" przekazał dowództwo por. „Szczerbcowi", a sam z kilkoma oficerami i szeregiem żołnierzy powrócił na dawne tereny działania.

Początkowo oddziały AK z okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego walczyły wspólnie z Armią Radziecką przeciwko Niemcom w Wilnie i na jego obrzeżach. Naszymi oboma okręgami dowodził ppłk Aleksander Krzyżanowski, pseudonim „Wilk". Walczyliśmy do 14 lipca 1944 roku.

Niemiecki garnizon w Wilnie pod dowództwem gen. Stahela bojąc się okrążenia rozpoczął wycofywanie wojsk niemieckich w kierunku Warszawy. Generał Stahel i ppłk Tolsdorf po zażartej walce, w której stracili wiele żołnierzy zdołali jednak wyprowadzić z okrążenia około 3000 Niemców. Była to tylko część załogi niemieckiej, której udało się uniknąć okrążenia przez partyzantów polskich AK i wojska radzieckie.

(Generał-porucznik Reiner Stahel w Wilnie był dowódcą garnizonu w czasie akcji „Burza". Po wyprowadzeniu części swoich wojsk z Wilna został skierowany do Warszawy i mianowany dowódcą garnizonu i był nim na początku powstania warszawskiego. Ale już 22 sierpnia 1944 został przeniesiony na dowódcę garnizonu w Bukareszcie. Aresztowany przez NKWD resztę życia spędził w łagrach. Przyp. MW)

Już podczas walk o Wilno i podciąganiu Oddziałów AK w rejon zgrupowania doszły do nas wiadomości, że ppłk „Wilk" i gen. Czerniachowski- dowódca III Frontu Białoruskiego uzgodnili wstępne porozumienie w sprawie reorganizacji polskich Oddziałów i przemianowanie ich na jednostkę regularną wojska polskiego. Okazało się jednak, że był to ordynarny podstęp sowiecki. Po kilku dniach Sowieci aresztowali ppłk „Wilka" i wielu oficerów AK.

Następnie wojska radzieckie okrążyły nas w puszczy Rudnickiej w dniu 18 lipca. Rozbroiły i pod konwojem skierowały do obozu w Miednikach Królewskich (ruiny zamku Gedymina). Było nas około 4 tysiące partyzantów AK.

(Na mocy porozumienia ppłk „Wilka" z dowódcą 3 Frontu Białoruskiego gen. Iwanem Czerniachowskim oddziały AK skoncentrowały się w rejonie Turgiele, Taboryszki i Wołkorabiszki. Celem „Wilka" było odtworzyć 19 Dywizję Piechoty, Wileńską Brygadę Kawalerii i batalion pancerno- motorowy. Przeformowane wojska miały nadal walczyć z Niemcami podporządkowane operacyjnie dowództwu Armii Czerwonej. Wspólne ustalenia obowiązywały dwa dni. 17 lipca 1944 roku aresztowano kierowniczą kadrę okręgu. Zdezorientowane oddziały wileńskie i nowogródzkie będące w marszu do Puszczy Rudnickiej zostały otoczone i rozbrojone przez sowiecki 86 pułk wojsk pogranicznych. Około 4 tysiące partyzantów trafiło do obozu przejściowego w Miednikach Królewskich, a stamtąd zostali oni przeniesieni do Kaługi i jako obywatele sowieccy wcieleni do 361 zapasowego pułku. Tam niemal z marszu przystąpiono do szkolenia wojskowego wziętych partyzantów polskich i po kilku miesiącach zażądano złożenia przysięgi wojskowej na wierność ZSRR. Żądał tego trzykrotnie ppłk gwardii Jermołow. Odmówili wszyscy. Na podstawie informacji internetowej- przyp. MW)

Po przybyciu do Miednik w barakach mieszkalnych nie było już miejsca. Ulokowaliśmy się w pobliżu murów na gołej ziemi, pod gołym niebem. Dzięki temu, że było ciepło i nie padał deszcz, jakoś przetrwaliśmy. Pewnego dnia Sowieci wypędzili wszystkich za bramę i uformowali kolumnę marszową. Szliśmy pod silnym konwojem do przystanku kolejowego (Kiena) na linii do Mołodeczna. Tutaj załadowano nas po 50 osób do wagonu towarowego. Rano zorientowaliśmy się, że jedziemy na wschód. Byłem w jednym wagonie z Ojcem i „Szczerbcem"-jako szeregowym ( Gracjan Fróg najpierw „Góral", później „Szczerbiec",rozpoczął działania w rejonie Sużan k/ Wilna).

W upalne dni w rozgrzanym wagonie podróż była wyjątkowo ciężka. Prócz jedzenia, najbardziej brakowało wody. Nie traciliśmy humoru i głośno śpiewaliśmy piosenki żołnierskie i partyzanckie.

Zawieźli nas do Kaługi. Drzwi wagonów zostały otwarte. Wszystkich ustawiono na peronie w kolumnę marszową. Na przedzie stanęła orkiestra i pomaszerowaliśmy przez miasto do jakiegoś ogrodzonego podwórza, które było niedaleko przyszłego miejsca postoju. Na tym podwórku spaliśmy dwie noce. Na trzeci dzień kazano nam się rozebrać do naga, ogolono do zera, przydzielano po kawałku mydła i skierowano do łaźni. Następnie dano nam nową bieliznę i nowe sowieckie umundurowanie. Cieszyliśmy się przynajmniej z tego, że pozbyliśmy się wszy. Od tego czasu spaliśmy na łóżkach w koszarach wojskowych. Następny dzień rozpoczął się pobudką, a po śniadaniu wyruszyliśmy na ćwiczenia wojskowe lub do innych prac (np. polowych, do wyładunku wagonów, do budowy drogi itp.) Późnym wieczorem odbył się apel wieczorny, a w miejscu zakwaterowania obowiązywała cisza nocna. Od tego czasu każdy następny dzień był podobny do poprzedniego.

We wrześniu nasi sowieccy dowódcy zażądali abyśmy złożyli przysięgę żołnierską obowiązującą w Armii Czerwonej, czyli roty na wierność ZSRR. Odmówiliśmy wszyscy! Spodziewaliśmy się różnej reakcji. Sowieci natomiast rozpoczęli zwalnianie niektórych osób. Początkowo zwalniali kobiety, a następnie młodzież z rocznika 1928 i młodszych. W fazie końcowej zwalniano osoby starsze, które urodziły się w XIX wieku.

Pozostałych ubrali w zniszczone ubrania i skierowali do wyrębu lasów w puszczy Moskiewskiej.

Mnie zwolnili 24.09.1944 i powróciłem do Lidy. Niedługo po mnie wrócił mój tata. Po moim powrocie do rodzinnego miasta poszedłem do szkoły, z polskim językiem nauczania. W Lidzie atmosfera była napięta. Sowieci nie wszystkich partyzantów AK zdołali rozbroić.

Jak odnosiło się NKWD do pojmanych polskich partyzantów niech świadczy fakt kaźni por. Jerzego Bakłażca o pseudonimie „Pazurkiewicz". W dniu 2 lutego 1945 roku na rynku w Lidzie por. Jerzy Bakłażec, jeden z dowódców kompanii w batalionie „Ragnera", który od lipca 1944 roku walczył z wojskami NKWD, został powieszony w obecności wielu spędzonych przez Rosjan na ten czas ludzi.

Kilka dni później w odwecie za ten haniebny czyn zginęło kilku oficerów radzieckich w Lidzie. Rosjanie natychmiast zorganizowali łapankę. Złapali około 100 osób. Wśród nich byłem i ja. Miałem jednak wielkie szczęście, że przed wejściem do pokoju przesłuchań wypadł mi zeszyt z za pazuchy. Zanim zdążyłem go podnieść, podniósł go enkawudzista i zaczął oglądać. Zapytał, czy jestem uczniem? Odpowiedziałem, że tak. Kazał mi się natychmiast wynosić. Oczywiście skwapliwie skorzystałem z tego polecenia.

W końcu lutego 1945 roku aresztowano mojego Ojca, ale dzięki łapówce wręczonej oficerowi armii Berlinga (rekrutował ludzi do wojska), a był to pierścień pamiątkowy Ojca z armii gen. Żeligowskiego, udało się jeszcze przed śledztwem wyciągnąć tatę z więzienia. Oficer nakazał Ojcu, aby czym prędzej wyjechał z Lidy. Już w marcu wyjechaliśmy z Ojcem do Polski, a Matka i siostra nadal pozostały w Lidzie. Pozostały, ponieważ brat był jeszcze w partyzantce. Obiecywały, że przyjadą do Polski wtedy, kiedy uda im się powiadomić brata gdzie należy nas szukać. My natomiast pojechaliśmy najpierw do Białegostoku, a później do Inowrocławia. Wszędzie było pełno takich samych, którzy poszukiwali miejsca do osiedlenia i normalnego życia. Nas znajomy z Lidy, który był w wojsku Berlinga, a którego spotkaliśmy w drodze do Krzyża, poradził nam abyśmy pojechali do Szczecinka, miasta niezniszczonego przez wojnę. Skorzystaliśmy z rady i już od kwietnia byliśmy w Szczecinku.

Mimo młodego wieku, trudności z podróżą i czyhających wówczas niebezpieczeństw, pojechałem do Białegostoku, aby poprzez maszynistę kolejowego przekazać list mamie z powiadomieniem, że oczekujemy jej i siostry w Szczecinku na Ziemiach Odzyskanych. Tymczasem Mama wraz z panią Krukowską, której syn był razem z moim bratem w oddziale AK, swoimi sposobami szukały i wreszcie odnalazły oddział z ich synami. Oddział teraz nazywał się Oddziałem „Żołnierzy Wyklętych".

Niestety syn pani Krukowskiej Stanisław Krukowski „Młot" zginął w walce z NKWD w dniu 7.05.1945 roku (ojciec „Młota" był moim chrzestnym). Dopiero w lipcu 1945 roku wraz z rodziną Krukowskich do Szczecinka przyjechały: mama i siostra. Brat natomiast do rodziny dołączył dopiero w sierpniu. W Szczecinku brat został przyjęty do czwartej klasy gimnazjum ( trzecią klasę gimnazjalną ukończył przed wojną). Mnie również zgodzili się przyjąć, pod warunkiem, że zdam egzamin wstępny. Zdawałem i zdałem.

W czerwcu 1946 roku ukończyłem gimnazjum i zostałem przyjęty do Szkoły Morskiej w Gdyni- Wydział Mechaniczny. Szkołę Morską w Gdyni ukończyłem w 1949 roku i jeszcze w tym samym roku zdałem egzamin do Szkoły Inżynierskiej w Szczecinie. Niestety studiów nie mogłem rozpocząć, bo w tym samym roku powołano mnie do wojska. Od września 1949 do 8.10.1950 szkolono mnie na kursie oficerów rezerwy Marynarki Wojennej. Na tym kursie zdobyłem stopień chorążego, a następnie podporucznika. Od października 1950 pracowałem na kilku statkach w Polskich Liniach Oceanicznych, jako oficer mechanik okrętowy. Podczas urlopu w Szczecinku moja dziewczyna (obecna żona Marysia) namówiła mnie na studia inżynierskie. Dlatego w latach 1952-1957 studiowałem na Wydziale Budowy Maszyn w Politechnice Szczecińskiej, gdzie uzyskałem dyplom magistra inżyniera mechanika.

Lata te wspominam bardzo dobrze gdyż nauka nie sprawiała mi większych trudności, a kolegów, choć znacznie młodszych, miałem wielkie grono. W pierwszych latach prócz stypendium, miałem dodatkowe pieniądze ze Studium Wojskowego. Uczyłem studentów regulaminów wojskowych. Zajęcia prowadziłem również z kolegami na roku. Przypominam sobie, że regulaminy najczęściej czytał Zygmunt Ossowski, mój kolega z roku. Jednym z najzabawniejszych egzaminów, jaki zdawałem u profesora Wendekera, był egzamin z wytrzymałości materiałów. Po wejściu do gabinetu, profesor od razu zaczął robić mi wyrzuty.

–Jak Wam nie wstyd kolego Ochwat? Koledzy mają do was zaufanie, a wy robicie błędy!

Okazało się, że rozwiązując zadanie w jednym miejscu przepuściłem „pi" (3,14) i cała grupa zrobiła ten sam błąd. Wstydziłem się tego czynu bardzo. Podczas egzaminu więcej rozmawialiśmy o moich zamiarach wakacyjnych niż o przedmiocie.

Po ukończeniu studiów pracowałem w różnych przedsiębiorstwach gospodarki morskiej. Najpierw w Stoczni Szczecińskiej im. Warskiego. Później w Polskiej Żegludze Morskiej, w Lloyds Register of Shipping oraz Polskim Rejestrze Statków (PRS). W tym ostatnim pracowałem przez 28 lat. Byłem kierownikiem zespołu rzeczoznawców, następnie kierownikiem placówki PRS Szczecin.

Ciekawym wydarzeniem było to, że jako kierownik jednoosobowej Placówki w Hamburgu, przy nadzorze budowy dużych tankowców dla Armatora PŻM oraz drobnicowców dla Polsko- Chińskiego Towarzystwa Okrętowego w Bremerhaven każdego dnia współpracowałem z chińskim nadzorem armatorskim, wyłącznie z Chińczykami, których byłem zobligowany przygotowywać do każdego odbioru. Zaznaczam, że byli wyjątkowo pracowici i dokładnie przez 20 miesięcy wykonywali moje polecenia.

W moim życiu zawodowym „spędziłem" w każdym z niżej wymienionym państwie po około 6 miesięcy na pracy wyjątkowo ciekawej: w Danii, Szwecji, Hiszpanii, Włoszech i Grecji. Do bardzo ciekawego wydarzenia zapisuję podróż do Wietnamu w okresie wojennym. W Wietnamie, w porcie Hajfong był zacumowany nasz statek PLO m/s „Józef CONRAD". ( m/s Józef Conrad był zbudowany w stoczni jugosłowiańskiej Bradogradište w Rijece i był w służbie od 1961 do feralnego dnia 20.12. 1972. W tym czasie w porcie Hajfong były dwa inne nasze statki: Kiliński i Moniuszko. Przyp. MW).

Tak się złożyło, że wokół m/s J. Conrada Wietnamczycy postawili działa przeciwlotnicze i ostrzeliwali samoloty amerykańskie (podczas bombardowania przez lotnictwo USA Hajfongu i Hanoi, od 18-28.12. 1972-przyp.MW). Przy statkach radzieckich p-lotek Wietnamczycy nie stawiali, bo Rosjanie nie życzyli sobie takiej demonstracyjnej obrony. I tych statków Amerykanie nie bombardowali. Nasz statek został trafiony dwoma bombami i ostrzelany z broni pokładowej. Wystarczy powiedzieć, że został bardzo poważnie uszkodzony i zatopiony. Zginęło przy tym 3 naszych marynarzy. Czwarta ofiara w wyniku odniesionych obrażeń zmarła w szpitalu. Rannych zostało kolejnych trzech marynarzy. Do Wietnamu PLO delegowały dwóch ludzi. Ja miałem określić zakres niezbędnych remontów, a technolog wysłany przez Stocznię Remontową „Gryfia" miał wycenić koszty napraw. Zniszczenia były znaczne i nawet dokładnie nie mogliśmy ich ocenić z uwagi na bardzo małą widoczność w wodach portu w Hajfongu (w części wodnej były dwie wyrwy po około 18-20 metrów kwadratowych, spalone śródokręcie i nadbudówka z mostkiem kapitańskim). Do zniszczeń spowodowanych bardzo skutecznym ostrzałem samolotów amerykańskich należało dodać zniszczenia spowodowane kradzieżą na dużą skalę. Okazało się, że remontu statku nie można było wykonać na miejscu. Wietnamczycy nie mieli takiej możliwości, a przeholowanie statku do innej stoczni i jego naprawa całkowicie się nie opłacała. Za te pieniądze można było zbudować nowy statek. (Statek m/s Józef Conrad został prze PRO uszczelniony i przeholowany najpierw do stoczni złomowej Yau Wing Metal Co. Ltd w Hongkongu, a następnie sprzedany dla stoczni złomowej w Kaohsiung na Tajwanie, na przysłowiowe żyletki- przyp. MW).

My dwaj delegowani przez okres 6 tygodni mieliśmy możliwość zwiedzania Hanoi i jego okolice. Byliśmy w klasztorze buddyjskim gdzie byliśmy przez zakonników przyjmowani przyjaźnie. Z Hanoi zapamiętałem dwa ciekawe wydarzenia. Weszliśmy z kolegą do restauracji gdzie w czasie wojennym grała muzyka, a ludzie się bawili. Zamówiliśmy porządny obiad i dobre wino. Kiedy przyszło do płacenia rachunku, kelnerka przeliczała w dongach. Podaliśmy odliczoną kwotę w dongach, ale kelnerka nie chciała ich przyjąć. Zażądała zapłaty w walucie! Zaproponowaliśmy ruble (mieliśmy ruble, bo lecieliśmy przez Moskwę). Dla niej ruble też nie były walutą. Rozpoczęła się żenująca sprzeczka, która zwróciła uwagę niemal wszystkich gości. W sukurs kelnerce przyszedł kierownik sali i wyjątkowo zgodził się przyjąć zapłatę za obiad w dongach. Na pożegnanie uprzejmie prosił nas kilkakrotnie, abyśmy bez waluty tej restauracji więcej nie odwiedzali. Drugie ciekawe wydarzenie związane było z chęcią zakupu srebrnej cukiernicy. Chodząc po mieście pełnym kontrastów zobaczyłem wystawę, na której stała pięknie wykonana cukiernica ze srebra. Weszliśmy z kolegą do sklepu i zapytałem o cenę tego cacuszka. Powiedzieli, że ceny nie znają, ale jutro będą ją znali. Nazajutrz, kiedy zjawiłem się w sklepie, oznajmiono mi, że cukiernica nie jest na sprzedaż. Powiedzieli także, że o ile dostarczę srebro, to oni w przeciągu paru dni mogą zrobić podobną. Warunkiem jest dostarczenie srebra- podkreślali!

Później przez 6 tygodni byłem w Lagosie. Razem z Grekiem zajęliśmy trzy pokojowe mieszkanie. Grek był przedstawicielem armatora nigeryjskiego. Do moich zadań w Lagosie należało stwierdzenie gotowości technicznej i eksploatacyjnej statku, który od półtora roku stał na redzie portu. Prace remontowe na statku wykonywała załoga z Ghany. Co kilka dni wykonawcy informowali mnie o przygotowaniu do przeglądu jakiegoś urządzenia na statku. Motorówka była zawsze pod ręką. Zazwyczaj po godzinie płynięcia byłem na miejscu, czyli na statku. Nigdy nie miałem żadnego kłopotu z wykonawcami. Zlecane poprawki wykonywali bezzwłocznie. Ponieważ przeglądy były co kilka dni, miałem wiele czasu na zwiedzanie Lagosu i jego okolic. Lagos to miasto ogromne. Mieszka w nim ponad 6 milionów mieszkańców. Właśnie w Lagosie nauczono mnie rozmawiać z taksówkarzem. Jeżeli na dojazd do jakiegoś określonego miejsca taksówkarz żądał np. 20 nair, ja miałem proponować tylko 5. Zwykle po takim targowaniu się płaciłem najwyżej 8 nair. Zarabiałem albo oszczędzałem 12 nair. I słusznie mówią, że podróże kształcą!

Byłem pełen uznania dla pracowitości i wytrzymałości pracowników fińskich. Finowie wykonywali na naszym dużym tankowcu urządzenie do mycia zbiorników ładunkowych na ropę. Pracę w stoczni, koło Aten, oceniano na około 4 tygodnie. Mieszkaliśmy w tym samym hotelu. Finowie każdego dnia pracowali ponad 10 godzin, a po przybyciu do hotelu przez następne 4 godziny spędzali przy dobrym alkoholu. Tylko jeden raz z nimi piłem. Tylko jeden i stwierdziłem, że to nie na moje zdrowie. Oni byli wytrzymali. Wiadomo –wytrwali drwale północy!

Tak sobie myślę, że pracę miałem wyjątkowo ciekawą. Miałem okazję poznawać wiele urządzeń, ich zalety i wady, a przy tym poznawać ludzi, porty, kraje i zwiedzać świat. Byłem również w Holandii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Peru i RPA. W każdym z tych państw byłem wystarczająco długo, aby je w miarę dokładnie poznać. W każdym byłem mniej więcej po miesiącu.

Niezależnie od pracy w PRS miałem możliwość uzyskiwania od władz zwierzchnich zgody na pływanie na różnych statkach, jako załogant. Opowiem wybiórczo jak to było na statku pod banderą panamską. Braliśmy w Sewilii ryż luzem. Hiszpański Urząd Morski nie wyraził zgody na nasze wyjście z portu bez kilku warstw ryżu w workach (dla bezpieczeństwa statku). Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy ułożyć worki z ryżem. Tylko, że w Lizbonie ryż powinien był być luzem, inaczej nie byłby przyjęty. Kiedy tylko wyszliśmy w morze, na mostku pozostał kapitan, a ja w maszynowni. Reszta załogi w ładowniach pruła worki i wyrzucała je za burtę.

Jedno, co mnie podczas pływania cieszyło najbardziej to jest to, że dwukrotnie mogłem zabrać ze sobą moją żonę Marysię. Zwykle taki rejs żony trwał każdorazowo 6 tygodni.

Przez wiele lat byłem ekspertem PIHZ i Stowarzyszenia Ekspertów Morskich od spraw awarii. Na zlecenie ubezpieczycieli lub armatorów opracowałem kilkaset ekspertyz. Jedną z najtrudniejszych była ekspertyza zatonięcia promu „Heweliusz". Od 1962 roku byłem długoletnim ławnikiem Izby Morskiej. Przez kilka semestrów (na podstawie zgody PRS, na maksymalną ilość 6 godzin tygodniowo) prowadziłem wykłady na Wydziale Techniki Morskiej Politechniki Szczecińskiej z przedmiotu „Urządzenia Okrętowe". Wykładów słuchali studenci studiów dziennych, a także wieczorowych. Ci ostatni rekrutowali się w większości ze Stoczni Szczecińskiej. Moją ostatnią pracą była służba w PŻM na statkach w charakterze starszego mechanika. Pływałem od 27 listopada 1989 roku do chwili odejścia na emeryturę (10.01.1991).

Podczas emerytury nadal udzielałem się społecznie, co dawało mi radość życia. Od 2001 trzykrotnie wybierano mnie na Prezesa Koła Żołnierzy Kresowych AK w Szczecinie. Byłem na wielu Zjazdach Żołnierzy IV batalionu 77pp AK i na Zjazdach organizowanych przez Żołnierzy Kresowych AK. Jestem członkiem Światowego Związku Żołnierzy AK.

Ożeniłem się z uroczą Marysią (z domu Kot) w roku 1954. Żona jest inżynierem rolnictwa. Obecnie na emeryturze. Córka Joanna dr inż. architekt jest adiunktem Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego (ZUT) w Szczecinie, a syn, również Ryszard, absolwent Politechniki Szczecińskiej- mgr inż. mechanik, pracuje w PŻM. Mamy czwórkę wnucząt. Starsze wnuczki ukończyły studia wyższe. Najstarszy z wnuków studiuje medycynę, a młodszy jest przed maturą.

Chciałbym jeszcze powspominać moich dowódców z AK. Zwiedzając muzeum przy klasztorze na Jasnej Górze w jednej z sal zobaczyłem portrety bohaterów Armii Krajowej. Byli to trzej kolejni dowódcy AK oraz gen. August Emil Fieldorf-dowódca Kedywu KG AK oraz dwóch oficerów o niższych stopniach. Byli to ppłk Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz" i mjr Jan Piwnik „Ponury" – moi dowódcy z AK, których znałem osobiście i wykonywałem ich rozkazy.

Mjr Jan Piwnik „Ponury" zginał 16.06.1944 roku pod Jewłaszami w walce z Niemcami. Pochowany został w Wawiórce, a po ekshumacji powtórnie został pogrzebany w Wąchocku, w czerwcu 1988 roku. Uroczystości pogrzebowe w Wąchocku trwały trzy dni. W pogrzebie bohatera brały udział tysiące ludzi, były sztandary wszystkich Okręgów AK i byli harcerze. Byłem na obu pogrzebach, a w Wąchocku byliśmy z żoną Marysią.

Ppłk Maciej Kalenkiewicz „ Kotwicz" poległ wraz z 36 podkomendnymi w bitwie z wojskami NKWD, 21 sierpnia 1944 roku pod Sukontami. Wszyscy polegli pod Sukontami pochowani są na cmentarzu bohaterów, który odwiedzałem kilkakrotnie.

Ppor. Czesław Zajączkowski „Ragner" uznawany za jednego z najzagorzalszych przeciwników władz sowieckich, będąc w oddziale z niespełna 30 partyzanami AK został dnia 3 grudnia 1944 roku otoczony przez NKWD (około 1400 żołnierzy i 3 czołgi) w rejonie Chutoru Jaremicze. W wyraźnie nierównej walce zginął „Ragner" oraz czterech jego podkomendnych. Trzech ciężko rannych Sowieci wzięli do niewoli, a reszta oddziału przebiła się przez pierścień oblegających.

Por. Włodzimierz Citowicki „Mewa" wysłany przez „Ragnera" w celu rozeznania drogi na Białystok został ciężko ranny i pojmany przez NKWD w dniu 27.10.44r. Skazany później na karę śmierci, którą zamieniono na 20 lat więzienia w łagrach. Zwolniony został w 1956r. Powrócił do żony i syna w Poznaniu. Umarł w 2012roku w wieku 99 lat. Byłem na jego pogrzebie. Pochowany został obok swojego dawnego podkomendnego, dowódcy plutonu moździerzy Józefa Kowalewskiego pseudonim „Ziutek".

Wszyscy Ci, których wymieniłem walczyli na ziemi nowogródzkiej w okolicach Lidy.

Na Zjeździe Żołnierzy Kresowych AK w Międzyzdrojach w 2008 roku był obecny (na nasze zaproszenie) Prezydent Rzeczpospolitej Polski Lech Kaczyński, któremu miałem zaszczyt ofiarować obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej.

Natomiast na Zjeździe „Ragnerowców" w 2006 roku w Sopocie honorowym gościem Zjazdu była p. Anna Walentynowicz. Wygłosiła bardzo ciekawe przemówienie.

(Opracowanie i uzgadnianie z zainteresowanym- administratorzy)

Czytany 1362 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 28 listopada 2013 02:24
Zaloguj się, by skomentować